Czerwona kartka dla imperium Europa
Nasz Dziennik, 2008-06-29
Jan Maria Jackowski
Irlandzkie "nie" dla traktatu lizbońskiego powoduje bardzo poważne skutki nie tylko dla całej Unii Europejskiej, ale również dla wewnętrznej polityki polskiej. Co charakterystyczne, tak zwane elity europejskie i międzynarodowa eurobiurokracja chyba nie rozumieją, co tak naprawdę się stało. Z większości komentarzy zagranicznych i krajowych przebija ton wyższości i pogarda dla reguł demokracji, odsłaniając istotę projektu "imperium Europa" jako tworu z zasady antydemokratycznego.
Wiele do myślenia dały opublikowane na gorąco opinie i komentarze zamieszczone w prasie niemieckiej. Nierzadko pierwsze z nich wypływają ze szczerości, późniejsze z kalkulacji. "Irlandia szokuje Europę", "Europejski koszmar", a nawet "Irlandzki skandal" - głosiły tytuły. Zdaniem "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Wspólnota powróciła do momentu, w którym znalazła się po referendach we Francji i Holandii, kiedy obywatele tych krajów opowiedzieli się przeciwko eurokonstytucji. Frankfurcki dziennik wypomniał, że mało który kraj skorzystał na członkostwie w Unii w takim stopniu jak Irlandia. "Sueddeutsche Zeitung" przewiduje, że skutkiem irlandzkiego "nie" będzie powstanie Europy dwóch prędkości. "Stary kontynent straci na znaczeniu, jeśli pozwoli sobie dyktować warunki maruderom" - grozi dziennik z Monachium. Podobną opinię zamieszczono w berlińskim "Tagesspiegel", którego komentator twierdzi, że europejscy reformatorzy powinni się skupić wokół Niemiec, Francji i krajów Beneluksu. Inne wnioski wyciągnął komentator "Stuttgarter Zeitung", który zaproponował opracowanie nowego tekstu traktatu bardziej czytelnego dla obywateli.
Z kolei we francuskim dzienniku "Le Figaro" stwierdzono, że państwa członkowskie Wspólnoty powinny kontynuować proces ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Natomiast Irlandii można zaproponować lekko zmodyfikowany tekst traktatu, który zostałby poddany pod nowe głosowanie. Autor artykułu w dzienniku "Le Figaro", poświęconego konsekwencjom irlandzkiego referendum, podkreśla, że "na szczęście Irlandia jest jedynym krajem, którego konstytucja nakazuje zorganizowanie referendum w sprawie każdego traktatu". Zdaniem francuskiej gazety, należy mieć nadzieję, że proces ratyfikacyjny powiedzie się w pozostałych 26 krajach Unii. Jeśli tak będzie, "Le Figaro" proponuje, by Irlandczycy ponownie głosowali nad tekstem traktatu, do którego wprowadzono by "mało istotne poprawki, odpowiadające na ich zastrzeżenia".
Europeizacja Niemiec czy germanizacja Europy
Nawoływania do powtórki referendum trudno nie uznać za przykład niekonsekwencji i demokracji sterowanej. Dlaczego referendum nie zostało powtórzone we Francji i w Holandii po odrzuceniu przez obywateli tych państw eurokonstytucji w 2005 roku? Irlandczycy mają w pamięci przymuszenie ich do powtórnego głosowania, by został wprowadzony traktat nicejski z 2001 roku. Odrzucenie traktatu lizbońskiego przez Irlandczyków było również reakcją na tę presję, dezintegrację, obrażanie tych, którzy uważają inaczej, oraz okłamywanie wyborców. Znamienny tytuł został zamieszczony w irlandzkim dzienniku "Irish Examiner", który wyniki referendum z 12 czerwca br. określił mianem "krwawej łaźni". Komentator gazety podkreślił, że na wynik głosowania nie miały wpływu "słowne wygibasy" propagandystów, którzy uważali, że "olbrzymi deficyt demokracji można zrównoważyć sloganami i standardowym pokrzykiwaniem". Na Zielonej Wyspie "niemal każda partia, która kiedykolwiek była u władzy, prawie wszystkie organizacje gospodarcze, Kościół, większość związków zawodowych i organizacji farmerskich oraz spora część komentatorów zalecała ratyfikację traktatu". I okazało się, że niezależny i nieprzekonany elektorat zadecydował odwrotnie.
Prezydent Czech Vaclav Klaus sprawę określił jasno: "To zwycięstwo wolności i rozumu nad europejską biurokracją". Można dodać - to krok na ciernistej drodze obrony Europy przed eurobełkotem, bo trudno wprowadzanej bocznymi drzwiami eurokonstytucji nie uznać za zaawansowane wcielenie eurokratycznej nowomowy, aroganckiej, bełkotliwej, niejasnej, mętnej, zideologizowanej. Jednak, co groźne, ten bełkot służy przejęciu pełni władzy w krajach członkowskich przez UE, która już i tak zarządza głównymi obszarami oraz w zakamuflowanej formie jest narzędziem dominowania jednych państw nad drugimi. Eurokraci boją się opinii Europejczyków. Słusznie zauważył prof. Mariusz Muszyński, że problem polega na braku dialogu między politykami a społeczeństwami europejskimi. Nie ma bowiem dyskusji na temat kierunku, w którym ma zmierzać Unia, a następnie opracowania ram prawnych dla przyjętych rozwiązań. Zamiast tego od razu tworzy się ramy, a następnie próbuje się wtłaczać w nie UE, "przyciskając kolanem", a decyduje o tym kilku najważniejszych polityków największych państw Unii.
Komentarze polityków i obserwatorów niemieckich oraz francuskich są o tyle istotne, że oba kraje przez lata stanowiły motor integracji europejskiej. Polityka francuska od lat polegała na włączaniu Niemiec w projekt europejski, upatrując w tym sposób na neutralizację teutońskich tendencji ekspansywnych, które były przyczyną dwóch wojen światowych. Niemcy przez lata byli lojalnymi partnerami Francuzów i na tej podstawie zbudowano mit o modelowej, pokojowej współpracy dawnych wrogów. Między innymi dzięki tej szczególnej symbiozie Republika Federalna doszła do takiej potęgi, że stała się w tej chwili największym i najsilniejszym krajem Unii Europejskiej. I Niemcy dziś stanowią problem Unii Europejskiej, gdyż coraz bardziej ujawnia się dylemat, czy Niemcy się europeizują, czy Europa się germanizuje?
Dziś Niemcy mają najsilniejszą gospodarkę. Najwięcej płacą na rzecz wspólnej Europy i chcą w niej mieć największą władzę. Dzięki rozpadowi bloku komunistycznego i przyłączeniu b. NRD mają najwięcej ludności. Dysponują największymi wpływami w Parlamencie Europejskim, w Komisji Europejskiej, aspirują do Rady Bezpieczeństwa ONZ. To Niemcy zabiegają o status najważniejszego sojusznika USA w Europie kontynentalnej. Za rządów Angeli Merkel dostrzegana jest wyraźna zmiana polityki zagranicznej Niemiec. Niemcy odeszły od poprzedniego, antyamerykańskiego kursu z czasów Schroedera i tradycyjnie mając bardzo dobre stosunki z Rosją, jednocześnie chcą być najważniejszym sojusznikiem Waszyngtonu w Europie. W zamian za poparcie dla amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie i przekonanie Rosji do popierania sankcji przeciw Iranowi, wprowadzającemu intensywny program atomowy, Niemcy oczekiwały od USA wsparcia dla przyjęcia konstytucji europejskiej. Pani kanclerz zadeklarowała już na początku stycznia 2007 roku na łamach "Financial Times", że doprowadzi do przyjęcia tego dokumentu. Była to oczywista zapowiedź silnego niemieckiego nacisku na powrót do odrzuconej w referendach we Francji i Holandii konstytucji europejskiej.
Dla Niemiec eurokonstytucja - czyli obecny traktat lizboński - jest instrumentem do budowania podstaw swej dominacji w Europie. Traktat otwiera drogę do landyzacji Europy i procesu sprowadzania państw narodowych do prowincji europejskiego superpaństwa federacyjnego, a mającym najwięcej do powiedzenia w Unii Niemcom daje uprzywilejowaną pozycję. Dla Niemiec Unia Europejska jest bowiem o tyle interesująca, o ile stanie się narzędziem w ich rękach do ekspansji na skalę europejską, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Środkowej, tradycyjnie w Berlinie uważanej za strefę niemieckich wpływów. Dlatego Niemcy z taką determinacją i skutecznością doprowadziły do reanimacji eurokonstytucji po szoku wywołanym przez referenda we Francji i w Holandii. Pozostawiono ponad 90 proc. starych zapisów, ale zmieniono nazwę z "traktatu konstytucyjnego" na "traktat reformujący", czyli wysadzono świecę bez ruszenia lichtarza. Miało to zakamuflować istotę dokumentu i ułatwić ratyfikację nowej wersji eurokonstytucji przez parlamenty krajowe, aby uniknąć referendów. Dlatego irlandzkie "nie" wywołało tak gwałtowne reakcje polityków niemieckich. Dublinowi grozi się nawet, że powstanie nowa Unia Europejska, ale bez Irlandii.
Oś Berlin - Moskwa
Oczywiście ekspansja Niemiec jest dostrzegana w Europie. Z niepokojem na ich rosnącą potęgę, jako zarzewie kolejnych problemów, spogląda Londyn, który tradycyjnie zwalcza najsilniejsze państwo na kontynencie. Polityka brytyjska, w sojuszu z krajami skandynawskimi, próbuje stworzyć przeciwwagę dla siły Niemiec. Również we Francji, szczególnie w ostatnich miesiącach, powoli są dostrzegane oznaki pewnej reorientacji. Naiwna polityka partnerstwa niemiecko-francuskiego i mgławicowej ideologii "europejskiej tożsamości" ulega pewnej weryfikacji. Przemiany w Europie po 1989 roku i zjednoczenie Niemiec, a więc ogromne zwiększenie ich potencjału, niezaprzeczalnie zmieniły równowagę sił. W dodatku dla Niemiec otworzyła się nowa przestrzeń do ekspansji w Europie Środkowowschodniej i na Bałkanach. Pojednanie francusko-niemieckie następowało w czasach zimniej wojny, gdy Niemcy Zachodnie odgrywały inną rolę geopolityczną i te dwa państwa były w stanie równowagi.
Obecnie to Niemcy lansują koncepcję dalszego pogłębiania europejskiej integracji, co najlepiej dowodzi, iż równowaga sił między Paryżem a Berlinem została naruszona. Niemiecka propozycja przebudowania Europy z systemu, w którym europejskie prawo i polityka opierały się na solidarności i równorzędności partnerów, i narzucanie nowej koncepcji, w której silne centrum kieruje całym kontynentem, prowadzi do wniosku, że stary porządek prawny pochodzący z poprzedniej równowagi musi zostać również obalony. Francja od 1 lipca br. ma objąć prezydencję Unii Europejskiej, a jednym z głównych jej priorytetów ma być rozbudowa instytucjonalnej infrastruktury europejskiej polityki obronności. Niemcy oficjalnie są za, ale mają trudności z ustosunkowaniem się do roli francuskich arsenałów nuklearnych w strukturach obronnych UE. Są i inne problemy, szczególnie że coraz bardziej wyraźnie widać, iż Niemcy są bezwzględne w realizacji swoich interesów i instrumentalnie traktują "solidarność europejską". Coraz bardziej jawnie dogadują się z Moskwą, która dąży do energetycznego uzależnienia Europy. To dogadywanie - korzystne dla Berlina, nie jest korzystne dla całej Unii Europejskiej. Inna sytuacja była w okresie zimnej wojny, kiedy to Francja miała tradycyjnie poprawne stosunki z Kremlem. Dziś Berlin jest głównym partnerem Rosji w Europie.
Zacieśnienie współpracy niemiecko-rosyjskiej jest realizowane konsekwentnie i w niczym nie przeszkadza, że Niemcy są członkiem NATO i Unii Europejskiej, a Rosja nie. Budowa gazociągu z Rosji do Niemiec po dnie Bałtyku, popieranie przez rząd niemiecki Eriki Steinbach, działalność Powiernictwa Pruskiego, żądanie odszkodowań od Polski, sytuacja mniejszości polskiej w Niemczech - to tylko niektóre realia sytuacji. Polaków szczególnie może niepokoić realizowana od lat, konsekwentna polityka zbliżenia na osi Berlin - Moskwa. Zbyt dobrze znamy ponurą dla Polski tradycję współpracy prusko-niemiecko-rosyjskiej, sięgającą czasów rozbiorów i niesławnej pamięci paktu Ribbentrop - Mołotow. Po wejściu w życie traktatu lizbońskiego może się okazać, że nasza sytuacja uległa pogorszeniu i nasze członkostwo w zdominowanej przez Berlin UE nie gwarantuje nam obrony naszych żywotnych interesów.
Z punku widzenia Europy irlandzkie "nie" oznacza zatem próbę powstrzymania ekspansji Niemiec. Dlatego Niemcy będą bezwzględnie dążyły do przeforsowania traktatu, nawet za cenę naruszenia legalizmu prawa międzynarodowego. Formalnie irlandzkie "nie" zamyka proces ratyfikacji i traktat lizboński powinien trafić do kosza, a ewentualny nowy dokument trzeba negocjować od początku. Tymczasem trwają intensywne próby wskrzeszenia trupa. Zapewne Irlandii będą obiecywane złote góry, by skłonić władze tego kraju do powtórnego referendum. Warto zauważyć, że nawet Niemcy, które tak popędzają Polskę i uległego Berlinowi premiera Tuska, same jeszcze nie ratyfikowały traktatu lizbońskiego, gdyż pojawiły się wątpliwości, czy ten dokument nie jest sprzeczny z niemiecką konstytucją. Gdyby władze w Berlinie zarządziły referendum w tej sprawie i odwołały się do społeczeństwa niemieckiego, to prawdopodobnie traktat by upadł...
Referendum irlandzkie zadziałało jak czerwona lampka ostrzegawcza. Przekształcenie Unii Europejskiej w federacyjne "imperium Europa" pod kontrolą Niemiec szło już tak dobrze i nagle stanęło pod znakiem zapytania. W Czechach traktat został skierowany do Trybunału Konstytucyjnego i od jego werdyktu jest uzależniona ewentualna ratyfikacja. Irlandzkie "nie" z zadowoleniem zostało przyjęte w Londynie, choć premier Gordon Brown "oficjalnie" bagatelizuje sprawę. W Paryżu też z uwagą jest śledzony dalszy rozwój wypadków, podobnie w Sztokholmie czy Kopenhadze. Przywódcy krajów członkowskich UE zastanawiają się w zaciszach gabinetów, co ich kraje mogą zyskać na zaistniałej sytuacji. Nadszedł czas targów i poufnych negocjacji. Czy rządzący Polską potrafią sprostać wyzwaniom chwili?
Wbrew interesom Polski
Traktat lizboński oznacza zielone światło dla landyzacji Europy. Sankcjonuje dominację struktur europejskich nad narodowymi, a wszystko to z pogwałceniem zasad demokracji bezpośredniej. O przyszłości Europejczyków będą decydowali anonimowi eurokraci odpowiadający nie przed wyborcami, ale przed swymi działającymi zakulisowo mocodawcami. Traktat potwierdza prymat prawa unijnego nad krajowym, a wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będą musiały stosować polskie sądy. Unia Europejska staje się de facto superpaństwem. Uzyskuje osobowość prawną, z prezydentem oraz ministrem spraw zagranicznych, który otrzyma do dyspozycji budżet przeszło 5 mld euro rocznie i pod jego nadzorem będzie pracował nowy europejski korpus dyplomatyczny z placówkami nawet w najdalszych zakątkach świata. Nowa struktura może w imieniu całej Wspólnoty zawierać umowy międzynarodowe. Po zniesieniu prawa weta przez każde państwo członkowskie, dominację nad tym tworem uzyskują najsilniejsi, w tym przede wszystkim Berlin.
Traktat oznacza również radykalne osłabienie prawie o połowę siły głosu Polski. Zniesienie dotychczasowej instytucji weta otwiera możliwość przegłosowania naszego kraju i narzucenia Polsce w każdej dziedzinie rozwiązań nawet ewidentnie sprzecznych z polskim interesem narodowym. Zdaniem mecenasa Stefana Hambury, szczególnie groźny jest punkt 6 art. 48 traktatu o Unii Europejskiej po wprowadzeniu zmian z Lizbony, który pozwala Radzie Europejskiej (na wniosek np. któregokolwiek z państw członkowskich) w ramach uproszczonych procedur zmieniać zapisy trzeciej części traktatu o funkcjonowaniu UE dotyczące wewnętrznych polityk i działań Unii (np. rynek wewnętrzny, rolnictwo i rybołówstwo, usługi, kapitał i płatności itd.). Po ratyfikacji traktatu unijne władze, w których będą dominować Niemcy, nie będą musiały liczyć się z głosem państw członkowskich, ponieważ otrzymają prawo decydowania o zmianach w unijnym systemie bez oglądania się na stanowisko mniej wpływowych państw. Eurokonstytucja otwiera możliwość nowego, niekorzystnego dla Polski etapu, w newralgicznym obszarze roszczeń obywateli niemieckich, co ma kluczowe znaczenie dla statusu Polski Zachodniej i Północnej.
Problem z traktatem konstytucyjnym nie polega tylko na tym, że zmieniony zostanie sposób podejmowania decyzji, który tylko w minimalnym stopniu daje nam możliwość wpływania na decyzje w Unii, ale dotyczy sprawy fundamentalnej dla tożsamości i przyszłości Europy. Przypomnijmy, że autorzy konstytucji, pozostając wierni radykalnej tradycji laickiej, odrzucili odwołanie do chrześcijańskich korzeni Europy, do praw narodów czy praw rodziny. To do tradycji laickiej należy przecież gilotyna, a w czasach nam bliższych łagry i krematoria oraz powołujące się na poparcie rzesz wyborców systemy totalitarne.
Rodzi się zatem fundamentalne pytanie, czy zgoda premiera z PO i prezydenta wywodzącego się z PiS na tworzenie "imperium Europa" jest dobra dla Polski i Polaków? Dlaczego poprzedni rząd uczynił tak niewiele, aby w preambule do traktatu reformującego znalazło się odniesienie do Boga czy chrześcijańskich korzeni Europy, co postulowali Jan Paweł II i Benedykt XVI oraz środowiska oczekujące od dokumentu tej rangi prawdy historycznej? Poprzedni rząd, który negocjował warunki zgody Polski na traktat lizboński, powinien również uzależnić stanowisko naszego kraju od skutecznego rozwiązania przez władze Niemiec z punktu widzenia prawa międzynarodowego wszelkich wątpliwości w sprawie roszczeń obywateli niemieckich kierowanych pod adresem Polski. Czy dzisiejsze deklaracje polityków PO o konieczności dalszej ratyfikacji traktatu odrzuconego przez Irlandię służą interesom Polski? Dlaczego premier Tusk nie oświadczył pani Merkel w Gdańsku 16 czerwca br., że Polska zastanowi się nad traktatem, ale po ratyfikowaniu go przez Niemcy. Dlaczego prezydent Lech Kaczyński zapowiedział ratyfikację dokumentu?
"Przeciw" , a nawet "za"
O ile postawa PO nie dziwi, bo ta partia tradycyjnie ustawiła się na pozycjach euroentuzjastycznych, o tyle wielu Polaków czuje się zawiedzionych postawą liderów PiS. Partia ta na użytek wewnętrzny głosiła propagandowe hasło: "nie oddamy guzika", ale godząc się w ogóle na traktat konstytucyjny, dała zielone światło dla osłabienia pozycji Polski w Europie. Należy przypomnieć, że w trakcie zwycięskiej kampanii wyborczej do parlamentu w 2005 r. PiS głosiło sprzeciw wobec konstytucji europejskiej i obiecywało twardą walkę o zapisanie chrześcijańskiej tożsamości Europy w dokumentach unijnych. Czyżby rację mieli ci, którzy twierdzą, że w sprawach europejskich PO i oficjalne PiS w sumie niewiele się różnią? Od czasu do czasu kierownictwo PiS urządza medialny spektakl pod tytułem: jesteśmy "przeciw", ale w kluczowych momentach jest zawsze "za". Odbywa się to poprzez grę frakcjami (euroentuzjastyczna i eurosceptyczna), co przypomina starą śledczą metodę osiągania celu poprzez "dobrego" i "złego" policjanta. Ta gra jak na razie jest skuteczna, bo mimo wątpliwości i w sytuacji, gdy suwerenność Polski jest tak bardzo zagrożona, wielu wyborców o orientacji patriotycznej nadal popiera tę partię. W dużej mierze za sprawą teorii "mniejszego zła", czyli świadomości "niewierności" w sprawach zasadniczych, tłumionej ugruntowanym przekonaniem o braku realnej alternatywy.
Za niepowetowaną szkodę należy uznać to, że nie doszło w Polsce do szerokiej debaty na temat traktatu i że nie doszło do referendum. Liderzy PiS mieli świadomość, że w sprawie ratyfikacji odgrywali kluczową rolę. Bez tej partii nie zebrałaby się w parlamencie większość 2/3 głosów, niezbędnych do ratyfikacji eurokonstytucji. Wydawałoby się, że naturalnym odruchem PiS powinno być zatem domaganie się rozstrzygnięcia ratyfikacji traktatu na drodze referendum. PiS w ten sposób przejęłoby inicjatywę i kontrolę nad całym procesem. Uzyskałoby bardzo mocny argument do tego, by zmusić PO do poparcia referendum i dania szansy Polakom, by mogli sami decydować o swojej przyszłości. Sprzeciw PO wobec referendum otwierałby drogę PiS do ogłoszenia, że nieodwołanie się w tej sprawie do woli Narodu uniemożliwia poparcie przez PiS ratyfikacji w trybie parlamentarnym.
Szkoda, że nie wymusiło ono na PO wstrzymania ratyfikacji przynajmniej do czasu rozstrzygnięć w innych krajach. Zamrożenie ratyfikacji stawiałoby nas w bardzo dobrej pozycji wyjściowej w negocjacjach z Brukselą w ważnych dla nas sprawach, dotyczących na przykład wymogów formalnych pozyskiwania środków unijnych, których w znacznej mierze nie wykorzystamy ze względu na procedury. Obserwując działania Brukseli wobec Warszawy, trudno nie odnieść wrażenia, że Europa Zachodnia kosztem Polski odreagowuje fakt, że rozwój krajów rozwiniętych odbywał się przez pokolenia kosztem ochrony środowiska naturalnego. Jednak dziś Europa ma drogi, autostrady, zmodernizowane szlaki kolejowe, zakłady przemysłowe, infrastrukturę, a Polska poprzez narzucane nam wyśrubowane i niezwykle kosztowne normy ekologiczne jest w sposób zasadniczy ograniczana w nadrabianiu zaległości. Przykładem może być polityka odnośnie do energii odnawialnej i narzucone Polsce administracyjne, obowiązkowe, wysokie i trudne do spełnienia normy udziału energetyki odnawialnej w całości produkcji energii. Inny przykład - już obecnie czeka nas drastyczna kilkudziesięcioprocentowa podwyżka cen cementu i innych materiałów budowlanych, co wiąże się z bardzo wysokimi kosztami dostosowania do norm związanych z emisją dwutlenku węgla i innych gazów do atmosfery. Ograniczenie produkcji cementu i innych materiałów budowlanych osłabi tempo inwestycji budowlanych. No cóż, w dominującym nurcie obecnej polskiej polityki dostrzega się kompleks "Europy" i wasalną mentalność wobec Brukseli, a pomysłem na przyszłość ma być rozpłynięcie się w mgławicowym "imperium Europa".
Dziś czekamy na to, co zrobi prezydent Lech Kaczyński. Najlepszym wyjściem byłoby oświadczenie, że ratyfikacja traktatu lizbońskiego jest obecnie bezprzedmiotowa. Ma rację Marek Jurek, były marszałek Sejmu, który stwierdził, że: "Traktat upadł i to jest dobra wiadomość dla Polski, teraz należy oczekiwać jednoznacznego potwierdzenia zatrzymania przez prezydenta procesu ratyfikacyjnego traktatu". W jego ocenie, "działanie w przeciwnym kierunku, próba forsowania ratyfikacji tego traktatu, oznaczać będzie zanegowanie fundamentalnej zasady obowiązującej w UE i chroniącej suwerenność państw, to znaczy zasady zgody wszystkich państw na zmianę podstawowych zasad działania Unii". Wyjściem rezerwowym jest skierowanie przez głowę państwa traktatu lizbońskiego do Trybunału Konstytucyjnego, gdyż istnieją uzasadnione przesłanki, że jest on niezgodny z Konstytucją RP. Tylko prezydent przed wejściem ratyfikacji w życie może zwrócić się w tej sprawie do TK. Taki ruch, podobny jak w Czechach, wzmacniałby pozycję Polski wobec Brukseli.
Jeśli natomiast prezydent ratyfikuje traktat lizboński, to w sposób naturalny otworzy się przestrzeń do powstania silnej formacji politycznej stojącej na gruncie legalizmu prawa międzynarodowego, która będzie patrzyła na ręce euroentuzjastycznym elitom zasiadającym w polskim parlamencie. Przecież już za rok zostaną przeprowadzone wybory do Parlamentu Europejskiego, za dwa lata wybory prezydenckie, a następnie wybory parlamentarne. Polsce jest potrzebna silna formacja broniąca naszego interesu narodowego, bo czy można oddawać przyszłość Polski w ręce nadgorliwych polityków, służalczo nastawionych do "projektu europejskiego"?
Sunday, June 29, 2008
Squadron Leader Michal Cwynar: Polish fighter pilot ace
Squadron Leader Michal Cwynar: Polish fighter pilot ace

Squadron Leader Michal Cwynar
Michal Cwynar was the last of the fighter aces from that most welcome group of Polish pilots who reached these shores after the fall of France in June 1940, having fought the Germans during the invasion of his own country in September 1939 and the Italians in the Battle for France. He was to continue to fly as a fighter pilot in the Polish squadrons that served with the RAF for the remainder of the war, becoming an ace, with five combat victories, and also shooting down three V1 flying bombs.
Cwynar was born in 1915 in Orzechowka near what was then Lemberg, a city of the Austro-Hungarian Empire. (From 1918 it was Lwow, Poland; from 1945 the Soviet city of Lvov; it is now Lviv, Ukraine.) Following in the footsteps of his older brother Stanislaw he joined the Polish Air Force in 1933 and after training was posted, as an NCO, to the 4th Squadron of the Pursuit Brigade.
The squadron was equipped with the PZL P11c, a high-wing monoplane with an open cockpit and fixed undercarriage. His first flight commander was Wladyslaw Gnys (obituary, March 22, 2000) the pilot who on the morning of September 1 destroyed the first German plane to be brought down in the Second World War.
On the afternoon of September 1 Cwynar’s flight, in its obsolescent but manoeuvrable planes, intercepted some Ju87 Stukas returning from a bombing raid and that afternoon he made his first kill. Frequently changing airstrips, his squadron, though decimated, continued to take a toll of German bombers and fighters until September 17, when the Soviet Army invaded Poland from the east.
Times Archive 1941: The airmen of Poland
General Sikorski said they had served their country gallantly while she was still free, and were serving her equally gallantly today by fighting wing to wing with their Allies of the RAF
That day, the Poles flew their remaining planes to Romania. Cwynar was interned but under the guise of a civilian mechanic managed to escape in a Greek ship sailing from Constanta to Beirut, then under French control. From there he sailed to France where Polish units under General Sikorski — “Sikorski’s Tourists” as Goebbels scathingly called them — were being formed.
Cwynar was assigned to a fighter group at Le Luc in Provence flying Morane-Saulnier 406s. He was pleasantly surprised by the camaraderie he found, all ranks from the CO to sergeant pilots sharing the same table with the best wine in the town’s best restaurant. Later the unit was re-equipped with the Dewoitine D520 and moved to Toulon, from where it undertook sorties against the Regia Aeronautica when Italy entered the war on June 10.
With the French capitulation on June 22, the group was ordered to fly to Algiers, where the Poles noticed a change in attitude by their French brothers-in-arms now under the collaborationist leadership of Pétain. They decided to make their way to Gibraltar and thence to Britain, where Cwynar arrived on July 17, 1940. He was to be one of several hundred Polish Air Force personnel who formed the nucleus of four bomber and ten fighter squadrons.
Instead of being able to participate in the Battle of Britain, Cwynar was posted to a bomber and gunnery school in Dumfries, from where he towed targets over the Solway Firth while his colleagues were in action over the South of England. In Dumfries, however, he met his future wife, Margaret Marchbank.
In April 1941 he at last joined a front-line squadron, No 315 City of Deblin, flying Hurricanes, based at Speke, defending Liverpool. In July the squadron was re-equipped with Spitfires and undertook offensive sweeps over France. On August 14 the three Polish squadrons of the Northolt wing met a large formation of Messerschmitt Me109s near Le Toucquet and in an extended dogfight Cwynar had his second combat victory. On September 16 he shot down another Me109 over Saint-Omer. Later commissioned, in February 1943 he destroyed an Fw190 over Calais.
After a period “resting” as an instructor in April 1944 he rejoined 315 Squadron, now converted to Mustangs, and commanded by the charismatic Eugeniusz Horbaczewski, who by the time he was killed in action on August 18, 1944, had 16½1/2combat victories to his name. On June 8 Cwynar was promoted to flight lieutenant and became second in command of the squadron. On that day, leading four Mustangs on an armed reconnaissance over the Allied landing zone his aircraft was hit by ground fire and lost power but he was able to make a forced landing in a cornfield within the Allied beachhead. As he fled from his Mustang, in case its fuel tank should explode, a British corporal on a motorcycle shouted at him to stop where he was. He had strayed into a minefield from which the soldier guided him to safety.
On his first morning back with the squadron, Horbaczewski ordered him to take a Mustang and fly to Dumfries to reassure his wife, who had been told that he had been reported missing. He returned to the squadron after lunch with his wife, and Horbaczewski, to demonstrate that none of his pilots was being favoured, assigned to Cwynar the leadership of the last sortie over France that evening.
With the V1 attacks on Britain beginning a week after D-Day, the squadron was switched to air defence against this new menace, since the Mustang was one of the few piston-engined aircraft capable of intercepting the pulse-jet powered flying bombs. Cwynar was to destroy three in the next few weeks.
On July 30, 1944, 315 Squadron was given the task of escorting Canadian Beaufighters on a sortie looking for German shipping hugging the Norwegian coast. It was intercepted by Me109s, Cwynar bagging one and sharing a claim for a second. On September 5, 1944, Cwynar had a close shave, as he led his flight over Hanover. He was hit by flak, a shell entering his cockpit and grazing his neck before exiting through the rear of the canopy.
On September 8, 1944, Cwynar was awarded the DFC. After a further period resting he was promoted to squadron leader and on July 3, 1945, was given command of 316 City of Warsaw Squadron, leaving his beloved 315 as the longest-serving pilot in it. His brother Stanislaw commanded a Polish bomber Squadron, No 300, ending the war as a group captain and station commander of the Faldingworth Polish bomber base in Lincolnshire.
After the war and the disbandment of the Polish forces who had fought with the Allies, Cwynar, like most of his comrades, chose a life in exile rather than returning to a now Soviet-dominated Poland. He moved to his wife’s home town, Dumfries, where he set up a business as a coach trimmer and upholsterer. She died in 1965 and he later married Mabel Shankland. She, too, predeceased him. There were no children of either marriage.
During the war Cwynar had been notable for entertaining his squadron on the guitar, and one of his first big expenses in civilian life was the purchase of a German Hoffner guitar for the great sum then of £300. In Scotland he played in a jazz trio. His other love was his garden in which he strove to re-create the habitat of his native Carpathian foothills, and with his wife awaited the return of migrant birds.
In addition to his DFC he was decorated with the French Croix de Guerre, the Virtuti Militari V Class and the Polish Cross of Valour four times.
Squadron Leader Michal Cwynar, DFC, Croix de Guerre, Virtuti Militari, wartime Polish fighter ace, was born on November 14, 1915. He died on May 26, 2008, aged 92

Squadron Leader Michal Cwynar
Michal Cwynar was the last of the fighter aces from that most welcome group of Polish pilots who reached these shores after the fall of France in June 1940, having fought the Germans during the invasion of his own country in September 1939 and the Italians in the Battle for France. He was to continue to fly as a fighter pilot in the Polish squadrons that served with the RAF for the remainder of the war, becoming an ace, with five combat victories, and also shooting down three V1 flying bombs.
Cwynar was born in 1915 in Orzechowka near what was then Lemberg, a city of the Austro-Hungarian Empire. (From 1918 it was Lwow, Poland; from 1945 the Soviet city of Lvov; it is now Lviv, Ukraine.) Following in the footsteps of his older brother Stanislaw he joined the Polish Air Force in 1933 and after training was posted, as an NCO, to the 4th Squadron of the Pursuit Brigade.
The squadron was equipped with the PZL P11c, a high-wing monoplane with an open cockpit and fixed undercarriage. His first flight commander was Wladyslaw Gnys (obituary, March 22, 2000) the pilot who on the morning of September 1 destroyed the first German plane to be brought down in the Second World War.
On the afternoon of September 1 Cwynar’s flight, in its obsolescent but manoeuvrable planes, intercepted some Ju87 Stukas returning from a bombing raid and that afternoon he made his first kill. Frequently changing airstrips, his squadron, though decimated, continued to take a toll of German bombers and fighters until September 17, when the Soviet Army invaded Poland from the east.
Times Archive 1941: The airmen of Poland
General Sikorski said they had served their country gallantly while she was still free, and were serving her equally gallantly today by fighting wing to wing with their Allies of the RAF
That day, the Poles flew their remaining planes to Romania. Cwynar was interned but under the guise of a civilian mechanic managed to escape in a Greek ship sailing from Constanta to Beirut, then under French control. From there he sailed to France where Polish units under General Sikorski — “Sikorski’s Tourists” as Goebbels scathingly called them — were being formed.
Cwynar was assigned to a fighter group at Le Luc in Provence flying Morane-Saulnier 406s. He was pleasantly surprised by the camaraderie he found, all ranks from the CO to sergeant pilots sharing the same table with the best wine in the town’s best restaurant. Later the unit was re-equipped with the Dewoitine D520 and moved to Toulon, from where it undertook sorties against the Regia Aeronautica when Italy entered the war on June 10.
With the French capitulation on June 22, the group was ordered to fly to Algiers, where the Poles noticed a change in attitude by their French brothers-in-arms now under the collaborationist leadership of Pétain. They decided to make their way to Gibraltar and thence to Britain, where Cwynar arrived on July 17, 1940. He was to be one of several hundred Polish Air Force personnel who formed the nucleus of four bomber and ten fighter squadrons.
Instead of being able to participate in the Battle of Britain, Cwynar was posted to a bomber and gunnery school in Dumfries, from where he towed targets over the Solway Firth while his colleagues were in action over the South of England. In Dumfries, however, he met his future wife, Margaret Marchbank.
In April 1941 he at last joined a front-line squadron, No 315 City of Deblin, flying Hurricanes, based at Speke, defending Liverpool. In July the squadron was re-equipped with Spitfires and undertook offensive sweeps over France. On August 14 the three Polish squadrons of the Northolt wing met a large formation of Messerschmitt Me109s near Le Toucquet and in an extended dogfight Cwynar had his second combat victory. On September 16 he shot down another Me109 over Saint-Omer. Later commissioned, in February 1943 he destroyed an Fw190 over Calais.
After a period “resting” as an instructor in April 1944 he rejoined 315 Squadron, now converted to Mustangs, and commanded by the charismatic Eugeniusz Horbaczewski, who by the time he was killed in action on August 18, 1944, had 16½1/2
On his first morning back with the squadron, Horbaczewski ordered him to take a Mustang and fly to Dumfries to reassure his wife, who had been told that he had been reported missing. He returned to the squadron after lunch with his wife, and Horbaczewski, to demonstrate that none of his pilots was being favoured, assigned to Cwynar the leadership of the last sortie over France that evening.
With the V1 attacks on Britain beginning a week after D-Day, the squadron was switched to air defence against this new menace, since the Mustang was one of the few piston-engined aircraft capable of intercepting the pulse-jet powered flying bombs. Cwynar was to destroy three in the next few weeks.
On July 30, 1944, 315 Squadron was given the task of escorting Canadian Beaufighters on a sortie looking for German shipping hugging the Norwegian coast. It was intercepted by Me109s, Cwynar bagging one and sharing a claim for a second. On September 5, 1944, Cwynar had a close shave, as he led his flight over Hanover. He was hit by flak, a shell entering his cockpit and grazing his neck before exiting through the rear of the canopy.
On September 8, 1944, Cwynar was awarded the DFC. After a further period resting he was promoted to squadron leader and on July 3, 1945, was given command of 316 City of Warsaw Squadron, leaving his beloved 315 as the longest-serving pilot in it. His brother Stanislaw commanded a Polish bomber Squadron, No 300, ending the war as a group captain and station commander of the Faldingworth Polish bomber base in Lincolnshire.
After the war and the disbandment of the Polish forces who had fought with the Allies, Cwynar, like most of his comrades, chose a life in exile rather than returning to a now Soviet-dominated Poland. He moved to his wife’s home town, Dumfries, where he set up a business as a coach trimmer and upholsterer. She died in 1965 and he later married Mabel Shankland. She, too, predeceased him. There were no children of either marriage.
During the war Cwynar had been notable for entertaining his squadron on the guitar, and one of his first big expenses in civilian life was the purchase of a German Hoffner guitar for the great sum then of £300. In Scotland he played in a jazz trio. His other love was his garden in which he strove to re-create the habitat of his native Carpathian foothills, and with his wife awaited the return of migrant birds.
In addition to his DFC he was decorated with the French Croix de Guerre, the Virtuti Militari V Class and the Polish Cross of Valour four times.
Squadron Leader Michal Cwynar, DFC, Croix de Guerre, Virtuti Militari, wartime Polish fighter ace, was born on November 14, 1915. He died on May 26, 2008, aged 92
Wednesday, June 25, 2008
Piotr Rubik - The Right to Love from Poland
Piotr Rubik - The Right to Love from Poland
Hee needs to Play
in The John F. Kennedy Center for the Performing Arts The John F. Kennedy Center for the Performing Arts 2700 F Street, NW Washington, DC 20566
Hee needs to Play
in The John F. Kennedy Center for the Performing Arts The John F. Kennedy Center for the Performing Arts 2700 F Street, NW Washington, DC 20566
Monday, June 23, 2008
Lech Wałęsa Zaginione Dokumenty
Lech Wałęsa Zaginione Dokumenty
Obywatel Lech Wałęsa (cz. 1/2)
Obywatel Lech Wałęsa (cz. 2/2)
Obywatel Lech Wałęsa (cz. 1/2)
Obywatel Lech Wałęsa (cz. 2/2)
Sunday, June 22, 2008
Friday, June 20, 2008
MORSKA SZTUKA WOJENNA DOMINIUM MARIS BALTICI A NARODZINY dostep DO MORZA NASZEGO BALTYKU
MORSKA SZTUKA WOJENNA DOMINIUM MARIS BALTICI A NARODZINY dostep DO MORZA NASZEGO BALTYKU

MORSKA SZTUKA WOJENNA DOMINIUM MARIS BALTICI A NARODZINY POLSKIEJ
MORSKIEJ MYŚLI WOJSKOWEJ
Bolesław Krzywousty
Mlodszy syn Wladyslawa Hermana i jego drugiej zony Judyty, ksiezniczki czeskiej urodzil sie w r. 1086. Pierwsza jego zona byla Zbyslawa, corka ksiecia kijowskiego Swietopelka II. Po jej smierci pojal Salomee, corke hrabiego Bergu. Przejawial duze talenty polityczne i wojskowe. Boleslaw za zycia ojca byl wladca dzielnicy slasko-malopolskiej. Po jego smierci podlegal poczatkowo starszemu bratu Zbigniewowi w latach 1102-1106. Boleslaw powodowany ambicja, jak tez checia zjednoczenia panstwa wszczal walki ze Zbigniewem uzyskujac rychlo przewage. Obawiajac sie Zbigniewa, kazal go oslepic. Nawet uwielbiejacy Boleslawa Krzywoustego Gall Anonim nazwal to "zbrodnia i grzechem". Cesarz niemiecki Henryk V wykorzystal ten czyn jako pretekst do najazdu na Polske. Najazd Niemcow zjednoczyl spoleczenstwo wokol Boleslawa, jako obroncy niezaleznosci panstwa. Cesarz nie zdolal zdobyc ani bohatersko broniacego sie Glogowa ani Wroclawia. Kleska na Psim Polu zmusila go do odwrotu. Dzielem Boleslawa Krzywoustego bylo takze odzyskanie Pomorza. Po kilkuletnich zaciekle prowadzonych walkach Polska uzyskala dostep do morza od wyspy Rugii na zachodzie do ujscia Wisly. Obok wielu sukcesow doznawal jednak Boleslaw Krzywousty niepowodzen. Bunt wojewody Skarbimierza w r. 1117 i pozniejsza niepomyslna wojna z Wegrami w r. 1132 nie dozwolily mu ukoronowac sie na krola. W r. 1135 musial nadto zlozyc cesarzowi Lotarowi w Merseburgu hold z Rugii i Pomorza. Najwieksza jednak kleska Krzywoustego byl fakt, ze walczac cale zycie o zjednoczenie Polski i jej calkowita niezaleznosc polityczna, musial przed smiercia w r. 1138 zrezygnowac z tych idei, ulegajac coraz silnieiszym dazeniom odsrodkowym. Wbrew wlasnemu przekonaniu podzielil kraj pomiedzy synow. Najstarszy Wladyslaw otrzymal Slask, Boleslaw Kedzierzawy Mazowsze i Kujawy, Mieszko Stary Wielkopolske, a Salomea, przy ktorej pozostawali nieletni Henryk i Kazimierz, dostala dzielnice leczycka. Aby jednak mimo podzialu utrzymac jednosc panstwa, ustanowil Boleslaw zasade pryncypatu czyli zwierzchnictwa. Wielkim ksieciem mial byc najstarszy z rodu, i jemu na znak wladzy przypadala w udziale dzielnica wielkoksiazeca z Krakowem jako stolica, oraz zwierzchnictwo nad Pomorzem. Boleslaw Krzywousty pochowany zostal w Plocku.
Polska od wieków wiązała swe istnienie z morzem. Zainteresowanie nim rosło wraz z kształtowaniem się państwa. Świadectwem tego jest już dążenie pierwszego władcy polskiego Mieszka I i jego syna Bolesława Chrobrego do oparcia granicy o Bałtyk. Pierwszy założył gród gdański, a drugi przez fundowanie biskupstwa w Kołobrzegu w 1000 r. oraz przeprowadzenie w tymże mieście pierwszych symbolicznych zaślubin z morzem, w trakcie których wrzucono do Bałtyku cztery poświęcone głazy, zakładał trwałe fundamenty pod swoje panowanie. Obaj władcy dążyli do rozciągnięcia i utrwalania panowania na wybrzeżu od delty Odry do delty Wisły.1 Ich następcy, a szczególnie Bolesław Szczodry i Bolesław Krzywousty stawiali sobie cele podobne. Jednak ze względu na brak źródeł trudno mówić o jakiejś polityce morskiej. Książęta polscy dążąc nad Bałtyk pragnęli poszerzyć swe terytorium. Często występowali zaczepnie o władztwo nad tymi obszarami. Przykładem tych wystąpień są znane bitwy pod Svoldern w 1000 r., wyprawy na Robe w 1014 r. czy Haithabu w 1043 r. oraz zdobycie Kołobrzegu w 1103 r.. 2 Niezwykle śmiała była natomiast wyprawa szczecińskiego księcia Racibora I na odległą Konungahelę w roku 1136, w której wzięło udział około 14 000 zbrojnych, w tym 1300 jezdnych zaokrętowanych na 650 okrętach.3 W akcji tej, jak i wcześniejszych uczestniczyły siły polskie bądź jako samodzielne związki operacyjne, bądź w składzie flot sojuszniczych działających przeciw wspólnemu wrogowi. Morska działalność pierwszych Piastów była częścią wspólnego systemu organizacyjnego państwa, przeznaczoną do obrony jego interesów morskich i dysponującą zarówno okrętami, jak i siłą zbrojną oraz bazami w postaci twierdz portowych, zabezpieczających potrzeby zaopatrzeniowe, remontowe i łączności, a więc wszystkimi elementami składającymi się na flotę wojenną. Istnienie silnej floty wojennej we wczesnofeudalnym państwie polskim dobitnie świadczyło o orientacji morskiej w czasach pierwszych Piastów.4
Odepchnięcie Polski od Bałtyku nastąpiło w wyniku rozbicia dzielnicowego i tym samym osłabienia władzy centralnej, ale również przemian społeczno-gospodarczych i dopuszczenia do inwazji żywiołu niemieckiego na tereny nadbałtyckie oraz sprowadzenia Krzyżaków.5
W zjednoczonym przez Władysława Łokietka państwie polskim w 1320 r. zabrakło dostępu do morza. Usiłowania powrotu nad Bałtyk nie dały rezultatu aż do połowy XV wieku.
Dopiero rozpoczęcie przez Kazimierza Jagiellończyka w roku 1454 walki o odzyskanie Pomorza wykazało, że podstawowym warunkiem realizacji określonej polityki morskiej było posiadanie zarówno odpowiedniego dostępu do morza, jak i stosownego potencjału morskiego. Chociaż wojna trzynastoletnia6 była wojną typowo lądową, to jednakże Kazimierz Jagiellończyk, jak i przedstawiciele Związku Pruskiego z Gdańskiem na czele rozumieli doskonale, że choć rozstrzygnięcie w tej wojnie musi zapaść na lądzie, to przecież nie da się go osiągnąć bez uprzedniego zwycięstwa na morzu. Wynikało to z faktu, że państwo krzyżackie, otoczone na lądzie posiadłościami Polski i Litwy, skazane było jedynie na łączność drogą morską ze swymi sprzymierzeńcami. Utworzenie floty wojennej stało się, więc pilną koniecznością, bez której trudno było liczyć na zwycięstwa.
W roku 1455 rajcy Gdańska zwrócili się do Kazimierza Jagiellończyka z prośbą o zgodę królewską na wystawienie floty kaperskiej.7 Taki system tworzenia flot wojennych był powszechnie stosowany w ówczesnej Europie, gdyż był nie tylko tani, jeżeli chodzi o nakłady finansowe, ale i zyskowny, zarówno dla armatorów i kaprów, jak i dla władców czy rad miejskich.
8 stycznia 1456 r. król w wystosowanym do Lubeki liście oznajmił, że z nadchodzącą wiosną wyśle naves nostras („nasze okręty") przeciw swoim nieprzyjaciołom.8 Data ta jest zdaniem autora początkiem narodzin polskiej morskiej myśli wojskowej. Wystawiane zaś od 1460 r. listy kaperskie,9 w których rada gdańska podkreślała, że kaprowie wysyłani są na rozkaz króla polskiego, który zapewniał ich działalności swoje zwierzchnictwo i opiekę, stanowią kolejny dowód.
Pod względem wojskowym działania prowadzone przez floty kaperskie Gdańska i Elbląga w czasie wojny trzynastoletniej wyraźnie wykazały wyższość i większą skuteczność polskich środków i sposobów walki nad krzyżackimi. Jednym z dowodów wyższości sztuki wojennej polskich sił morskich była bitwa stoczona 15 września 1463 r. na wodach Zatoki Świeżej, bo tak nazywano wówczas Zalew Wiślany, w której zastosowany przez flotę polską szyk „półksiężyca" różnił się od szyków bojowych używanych dotąd we flotach miast hanzeatyckich, a w tym krzyżackich. Floty te stawały do bitwy w szyku „klina", „czołowym" lub kolumn torowych, podczas gdy jednostki polskie zastosowały jednoczesne uderzenie z trzech stron, tj. z obu skrzydeł i centrum.10
Kolejnym dowodem były przykłady zorganizowania współdziałania polskich sił morskich z wojskami lądowymi broniącymi się w miastach oblężonych przez oddziały zakonne lub też zdobywającymi twierdze obsadzone przez Krzyżaków, jak to miało miejsce w walkach o Puck w roku1464, kiedy skuteczna blokada od strony morza w dużej mierze zadecydowała o powodzeniu oblężenia prowadzonego przez oddziały polskich wojsk lądowych.11 Był to pierwszy sukces taktycznego współdziałania floty i wojska, dzięki któremu zdobyto tak silną nadmorską twierdzę. Niemal w 200 lat później, w ten sam sposób Puck został odbity z rąk szwedzkich.
Działalność polskiej floty kaperskiej w czasie wojny trzynastoletniej odegrała poważną rolę w całokształcie przebiegu działań i w decydujący sposób przyczyniła się do klęski zakonu krzyżackiego. W wyniku II pokoju toruńskiego w 1466 r. przywrócono władanie Polski nad Bałtykiem. Odzyskany odcinek wybrzeża nie był długi. Granica morska ciągnęła się od ujścia Łaby do połowy Mierzei Wiślanej, czyli wynosiła w linii prostej nie więcej niż 150-200 km. W stosunku do granic lądowych wynosiła ona ok. 5-6%. Był to jeden z powodów słabego zainteresowania władców, a także i ich rady a następnie sejmu, potrzebą jej zabezpieczenia. Ponadto sądzono, iż ataku z morza nie będzie, bo nieprzyjaciół na północy nie obawiano się.12
Kazimierz Jagiellończyk nie doceniając korzyści i znaczenia sprawowania władzy nad Bałtykiem, zrezygnował z aktywnej polityki morskiej nadając liczne przywileje Gdańskowi, które miały moc obowiązującą aż do roku 1793. Te przywileje zwane privilegia Casimiriana zlecały miastu troskę o bezpieczeństwo wybrzeża, a ponadto zapewniały pośrednictwo w wymianie międzynarodowej drogą morską. Równocześnie król oddał Gdańskowi część Mierzei Wiślanej aż po granicę z państwem krzyżackim oraz nadał kilka wsi wokół miasta. Sobie zastrzegł prawo wprowadzania ceł morskich oraz prawo zamykania i otwierania portu.13 W przyszłości, swoista interpretacja tego przywileju przez Gdańszczan, doprowadzała do ustawicznych konfliktów z władcami Polski.
Zygmunt Stary jako pierwszy król Polski docenił posiadanie własnej floty wojennej. On też po raz pierwszy w naszych dziejach wstawił zaniedbaną sprawę budowy floty do programu polityki państwowej. Utworzona flota królewska liczyła kilkanaście jednostek średniej wielkości i głównym jej celem było zwalczanie linii komunikacyjnych Moskwy, Krzyżaków i Duńczyków.14 Dla podkreślenia odrębności tej floty król sam wystawiał listy kaperskie, w których załogi okrętów kaperskich nazywał milites nostri maritimi („nasi żołnierze morscy").
Pierwsza wzmianka o królewskim „żołnierzu morskim" pochodzi z 1517 r., kiedy to kapitan Adrian Flint został zatrzymany przez Duńczyków w Wyborgu. Zygmunt zażądał wtedy nie tylko zwolnienia Flinta i jego 12 ludzi, ale również okrętu kapitana i zdobycznej jednostki wraz z towarem, stwierdzając, że Flint za jego pozwoleniem zagarnął Moskali na morzu.15
Działalność „żołnierzy morskich" Zygmunta Starego trwała tylko kilka lat. Po zakończeniu kolejnej wojny z zakonem krzyżackim i zawarciu rozejmu z Moskwą w 1522 r., niepotrzebną już flotę kaperską rozwiązano.16 Odtąd już do końca swego panowania król nie widział potrzeby wznowienia działalności morskiej, gdyż w jego planach flota nie odgrywała żadnej roli jako czynnik umacniający dostęp Polski do morza i zapewniający obronę granic morskich oraz zamorskiego handlu Rzeczypospolitej. Wymownym przejawem niedoceniania spraw morskich była też rezygnacja w roku 1526 z części Półwyspu Helskiego na rzecz Gdańska. Tym samym Rada Miejska Gdańska kontrolowała całe Wybrzeże polskie, bo dzierżawiła także od króla starostwo puckie. 17 Sytuacja ta powodowała, iż główna uwaga gdańszczan koncentrowała się na uprawianiu pośrednictwa i obronie monopolu ludności Gdańska dla jego uprawiania. 18
Jagiellonowie odzyskując Pomorze nie doceniali więc korzyści i znaczenia sprawowania faktycznego władania nad Bałtykiem, oddając je mieszczanom, ufając w ich dobrą wolę.
Opracowanie programu polskiego „dominium maris Baltici" zakładającego rozbudowę floty wojennej i sprawowaniu władzy zwierzchniej nad wybrzeżem i wodami terytorialnymi wiązane było z aktywną polityką Zygmunta Augusta na Bałtyku.19 Celem tej polityki było między innymi rozbudzenie świadomości morskiej szlachty. Władca ten, chcąc uniezależnić się w zmaganiach o Inflanty od Gdańska przeniósł 27 lutego 1567 r. bazę nowej floty kaperskiej do Pucka. Zwierzchnictwo nad flotą powierzył początkowo dwóm komisarzom, a potem staroście puckiemu Janowi Kostce. Fakt ten wpłynął na rozwój gospodarczy miasta. Odtąd miasto stało się arsenałem i twierdzą morską. 20 Rozpoczęto tu również w późniejszym okresie budowę okrętów wojennych.
Jan Kostka przygotował plan rozwoju floty królewskiej. W tym celu zamierzał rozbudować port w Pucku, aby być całkowicie niezależnym od Gdańska. Puck został więc wykupiony spod zastawu rady gdańskiej. Jednak na skutek interwencji Gdańska projekt upadł.21
Flota królewska zwana też flotą strażników morza liczyła początkowo ok. 10 jednostek, ale z czasem powiększyła się do ok. 30 okrętów, głównie galeonów i pinek, na których pełniło służbę ok. 1000 marynarzy. Spowodowało to konieczność utworzenia specjalnej instytucji, która kierowałaby całokształtem spaw morskich. 24 marca roku 1568 król powołał Komisję Morską, pierwszy w naszych dziejach organ administracji i gospodarki morskiej. Komisja spełniła również rolę pierwszej admiralicji.22 Była więc naczelnym organem państwowym do spraw morskich pierwowzorem ministerstwa żeglugi. Na siedzibę komisji wyznaczono dom królewski w Gdańsku. Jej przewodniczącym z woli króla, został Jan Kostka.23
W tym czasie flota królewska nadal bazowała w Pucku, który był siedzibą starostwa i głównym portem rybackim w Zatoce Gdańskiej. Przenosząc flotę do Pucka król Zygmunt August nakazał zarazem radzie gdańskiej przekazywanie do tego portu wszystkich nieprzyjacielskich statków zatrzymanych w Gdańsku. W związku z tym w latach 1565-1568 sprawami zdobytych statków zajmował się sąd w Pucku. Podyktowane to było również faktem, że komisarze morscy byli zbyt zajęci ogólnymi sprawami, a poza tym rada gdańska nie chciała, aby sądy morskie odbywały się w Gdańsku, gdyż powodowało to zatargi z krajami, do których należały zdobyczne statki. Z zachowanych ksiąg sądowych wynika, że w 1566 r. zdobyto co najmniej 15 statków holenderskich, duńskich, angielskich i hamburskich, a także kaprów szwedzkich. Natomiast w roku 1568 flota polska zdobyła ponad 20 statków, mimo iż w większości płynęły one w konwojach, aby w ten sposób móc skuteczniej bronić się przed atakami polskich okrętów.24
Chociaż bazą floty pozostawał Puck, to okręty królewskie zachowały prawo korzystania z portu gdańskiego w wyjątkowych wypadkach. Między innymi wobec przeważających sił wroga chroniły się pod osłoną armat latarni. Co prawda port pucki obwarowano i ustawiono armaty, ale był on portem otwartym, a zatem znacznie trudniejszym do obrony. Płytkie wody zatoki, zamarzające zimą, oraz konieczność ciągłego lawirowania wśród licznych mielizn Zatoki Puckiej były dodatkowym utrudnieniem.
W połowie czerwca 1568 r. silna burza zmusiła królewską flotę kaperską pod dowództwem Mateusza Scharpinga do schronienia się w Gdańsku. Szukając pożywienia kaprzy dokonali kradzieży drobiu i chociaż 11 winnych zostało uwięzionych przez dowódcę floty w celu ukarania ich przez Komisję Morską, to burmistrz gdański Ferber nakazał zabranie ich siłą z okrętów i skazanie na śmierć przez ścięcie. W następstwie tego drastycznego pogwałcenia królewskiego prawa zwierzchniego nad kaprami, a także ostrzelania ogniem armatnim z lądu okrętów kaperskich oraz niewypuszczenia do Gdańska powołanej przez Zygmunta Augusta komisji pod przewodnictwem biskupa Stanisława Karnkowskiego, burmistrz został ogłoszony winnym obrazy majestatu i wezwany przed sąd królewski na sejm do Lublina.25
Epilogiem rozpatrywania na sejmie lubelskim konfliktu z Gdańskiem był wyrok, jaki zapadł 12 sierpnia 1568 r. na przedstawicieli jego władz. Wtedy też padły z poselskich ust wojewodów Piotra Zborowskiego i Jana Sierakowskiego słowa o konieczności posiadania armaty na morzu żeby się mogła dać obrona zawdy prędka.26 Natomiast na sejmie warszawskim latem 1570 r. zostały zatwierdzone słynne później Statuty Karnkowskiego, które w 67 artykułach obejmowały całokształt zwierzchnich praw króla i Rzeczypospolitej w Gdańsku, a również prawo otwierania i zamykania żeglugi oraz panowanie nad przyległym morzem, czyli dominium maris.
Tak korzystne dla sprawy polskiego „dominium maris Baltici" statuty biskupa kujawsko-pomorskiego, stanowiące swoisty program morski nie na jedno pokolenie i nie na jeden wiek wskutek pobłażliwości Zygmunta Augusta szybko stały się martwą literą. 27
Po przyjęciu Statutów Karnkowskiego w polityce królewskiej ważnym kierunkiem działania stało się opracowanie przepisów prawnych dla floty. Otóż do czasu powołania Komisji Morskiej działalność polskiej floty kaperskiej, oparta na zasadach kaperskich28 z wykorzystaniem małych statków handlowych dostosowanych do działań wojennych, była nie skoordynowana. Członkowie załóg statków, zwani strażnikami morza, dopuszczali się często nadużyć i awanturnictwa. Na ich działalność skarżyły się także państwa neutralne. Zatem powołanie Komisji Morskiej miało na celu koordynowanie działalności strażników morza oraz utrzymanie wśród nich należytej dyscypliny, aby nie uwłaczały swoim zachowaniem majestatowi królewskiemu ani symbolom, pod którymi pływały.29
Tak więc Komisja Morska stanowiła nie tylko władzę zwierzchnią wobec strażników morza, wyprawiając ich na morze z określonymi zadaniami, lecz także sprawowała nad nimi sądownictwo wojskowe i dbała o dyscyplinę oraz karność, co wyrażało się między innymi w opracowaniu i wydaniu w Warszawie 16 lipca 1571 r. artykułów morskich,30 które były odpowiednikiem artykułów hetmańskich, stanowiących regulamin dla wojsk lądowych.
Artykuły morskie, zwane Ordynacją były pierwszym regulaminem polskiej floty wojennej. Zawierały 28 rozdziałów oraz rotę przysięgi i określały szczegółowo zasady działania przy spotkaniu z nieprzyjacielem na morzu i w porcie, zadania kapitanatów i obowiązki załogi, dyscyplinę i kary na okręcie oraz zasady podziału zdobyczy, a także stosunek strażników morskich do komisarzy i urzędników królewskich.
We wstępie do artykułów wyraźnie określono też, kogo one obowiązują, i stwierdzono, że każde naruszenie regulaminów królewskich, niezależnie od funkcji, stopnia czy też tytułu osoby, która by się tego dopuściła będzie surowo karane. Kary były zaś bardzo wymyślne i niekiedy zbyt srogie w stosunku do przewinienia. Uważano jednak wtedy, iż jest to jedyny sposób, aby poskromić tych skłonnych do bijatyk i rozboju ludzi.
Artykuł I dotyczył spraw organizacyjnych, a mianowicie nakazywał każdemu posiadaczowi listu kaperskiego stawić się osobiście przed Komisją Morską i złożyć przysięgę wierności królowi zgodnie ze słowami roty, przysięgę posłuszeństwa wobec komisarzy królewskich oraz zapewnienie wykonywania wszystkich postanowień listu, instrukcji oraz pozostałych artykułów. Artykuł ten zobowiązywał też kapitanów do bezwzględnego wykonywania komend i poleceń naznaczonego przez Komisję Morską admirała flotylli.
Kolejne artykuły, a więc: II, III i IV określały jednoznacznie zachowanie się całej załogi podczas akcji bitewnej. W każdej sytuacji zobowiązywano marynarzy oraz żołnierzy piechoty morskiej okrętowanej na czas bitwy do bezwzględnego posłuszeństwa rozkazom ich przełożonych i dzielnej, nieustraszonej postawy w obliczu wroga. Każde uchybienie treści tego postanowienia miało być karane śmiercią przez powieszenie na rei bądź rozstrzelanie.
Artykuł IV precyzował karę za dezercję połączoną często z przejściem na stronę wroga. Winnego tego rodzaju przestępstwa miano utopić lub pozostawić na bezludnej wyspie.
Artykuły od V do XIII bardzo szczegółowo omawiały prawidła codziennego życia okrętowego, na które składało się: pełnienie wacht, służb i wart, a zarazem stanowiły rejestr kar, jakie groziły tym, którzy te prawidła naruszali. Za przeklinanie, obelgi i znieważanie współczłonków załogi, za marnotrawienie jadła i wody lub ich kradzież, zależnie od przewinienia, groził cały wachlarz kar, od utraty żołdu, chłosty, przywiązania do masztu, rzucania z dużej wysokości do wody, aż do kary trzykrotnego przeciągania pod stępką. Ta ostania prawie zawsze równała się śmierci. Polegała ona na tym, że przywiązywano skazanego za dłonie i nogi do liny przeciągniętej pod dnem okrętu, od burty do burty. Marynarze stojący po obu burtach trzykrotnie przeciągali linę wraz z uwiązanym do niej człowiekiem. Każde samowolne opuszczenie okrętu, zwłaszcza gdy zmuszony był on wyjść w tym czasie w morze, było karane utratą żołdu, chłostą, a nawet śmiercią. Udział w buncie lub spisku był bezwzględnie karany śmiercią. Często winowajcę wyrzucano za burtę. Wobec powszechnej nieumiejętności pływania wśród braci żeglarskiej było to równoznaczne z wyrokiem śmierci.
Artykuły XIV – XVI dotyczyły pełnienia służby wachtowej i służby wartowniczej. Wielką wagę przywiązywano do tej sprawy, toteż stawienie się do pełnienia służby w stanie nietrzeźwym karane było chłostą. Podobną karę wymierzano także za niedbałe pełnienie wachty, zwłaszcza za spanie na wachcie.
Kolejny artykuł zobowiązywał wszystkich członków załogi do bezwzględnego podporządkowania się rozkazom kapitana, a także do przyjęcia wymierzonych kar.
Artykuły XVIII – XX dotyczyły udziału marynarzy w bezpośredniej walce wręcz, postępowania ze zdobyczami i jeńcami. I tak np. po zajęciu statku nie wolno było marynarzom samodzielnie dokonywać podziału łupów, lecz nietknięty statek wraz z ładunkiem, z jego załogą oraz ewentualnymi skarbami musiał być oddany w całości Komisji Morskiej dla podjęcia ostatecznej decyzji i wydania wyroku. Komisja Morska decydowała też o losach jeńców. Tylko sprawy osób znamienitych: posłów, kupców, przedstawicieli armatorów czy też arystokratów, rozstrzygał osobiście król.
Artykuł XXI brał pod uwagę ewentualność niedotarcia okrętu strażniczego wraz ze zdobycznym pryzem, do portu macierzystego. Sztorm, awaria lub inne przyczyny mogły spowodować zawinięcie okrętu królewskiego do przypadkowego portu schronienia. Wówczas kapitan zobowiązany był zwrócić się do miejscowych władz i wspólnie z nimi sporządzić dokładny inwentarz zdobyczy, przesłać do Komisji Morskiej i dopiero po uzyskaniu jej zgody dokonać podziału łupów według obowiązujących zasad. Dokumenty o charakterze poufnym, w stanie nienaruszonym należało dostarczyć Komisji Morskiej. Inaczej było w przypadku, gdy w grę wchodziły plany działań wojennych. Wówczas kapitan miał prawo zapoznać się z ich treścią, aby uprzedzić ewentualny manewr przeciwnika.
Autorytet kapitana okrętu strażniczego wspierały kolejne artykuły: XXII – XXV, uprawniające dowódcę do bardzo surowego karania każdego przejawu nieposłuszeństwa. Kapitan przyjmował nowo zaciągających się do służby, on też był władny w każdej chwili zwolnić marynarza, jeżeli uznał, że ów źle wywiązuje się ze swoich obowiązków. Każda próba zamachu na kapitana, kwatermistrza lub bezpośredniego przełożonego w czasie trwania żeglugi, głosił artykuł XXIV, miały być bezwzględnie ukarane śmiercią. Artykuł XXV zobowiązywał wszystkich członków załogi do zachowania w tajemnicy wszystkich spraw, które wiązały się ze służbą, głównie z planowanymi i wykonywanymi działaniami o charakterze wojennym.
Wreszcie trzy ostatnie artykuły: XXVI – XXVIII dotyczyły osoby profosa, który w imieniu Komisji Morskiej odbierał przysięgę na wierność i bezwzględne posłuszeństwo od marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, i który, zgodnie z tradycją wraz z kapitanem w każdy poniedziałek, gdy okręt znajdował się w porcie, uczestniczył w sądzie marynarskim.31
Przytoczone postanowienia artykułów morskich stanowiły szczegółowe i przemyślane ustawy regulujące służbę na okrętach floty królewskiej. Był to jeden z najwcześniejszych na świecie regulaminów marynarki wojennej, ujmujący tak wszechstronnie i dokładnie zasady służby we flocie wojennej.
Zygmunt August starał się więc od początku tworzenia polskich sił zbrojnych na morzu nadać im cechy regularności, upatrując w tym gwarancji skutecznego działania. Był też pierwszym polskim królem, który zrozumiał potrzebę prowadzenia aktywnej polityki morskiej.32
Zygmunt August zdając sobie sprawę ze słabości floty utworzonej systemem kaperskim dążył do budowy regularnej floty wojennej. W tym celu zwołany na 6 stycznia 1572 r. do Warszawy sejm miał zająć się sprawami polityki morskiej i floty. Rozważano wniosek króla „ostatecznej", czyli stałej, a nie tylko na czas wojny flocie. Jednak okoliczności dla rozwoju floty i jej ostatecznego przekształcenia w regularną stałą marynarkę układały się coraz mniej pomyślnie. Wprawdzie budowę okrętów rozpoczęto w Elblągu, ale gdańszczanie w imię swoich, ciasno pojętych interesów zniszczyli niewykończony jeszcze okręt, królewską galeonę „ Smok", symbol i zaczątek polskiej floty wojennej.33
Śmierć króla Zygmunta Augusta 7 lipca 1572 r., twórcy i naczelnego admirała polskiej floty wojennej położyła kres aktywnej realizacji polskiej polityki morskiej. W ciągu jego długiego panowania Polska stała się europejskim mocarstwem, dysponującym wybrzeżem morskim o długości 1500 km i silną flotą wojenną, która operowała we wszystkich rejonach Morza Bałtyckiego, od cieśnin duńskich po Zatokę Fińską. W tym czasie Puck był jedynym portem wojennym Rzeczypospolitej, który pomimo niedogodnych warunków nawigacyjnych i wczesnego zamarzania odegrał ważną rolę jako baza floty królewskiej. Stąd polskie okręty wyprawiały się na tzw. chadzki wodne, czyli wypady na nieprzyjacielskie statki. Ponadto dzięki flocie królewskiej aż do połowy XVII wieku datował się bujny rozwój organizmu miejskiego.
Podkreślenia wymagają słowa wielkiego króla, wypowiedziane niejako w testamencie, bo przed śmiercią, że ... stateczną armatę należy na morzu swoim chować.34
Po śmierci Zygmunta Augusta, w okresie zamieszania związanego z bezkrólewiem i tarciami wokół kandydatury do tronu, flota znalazła się w trudnych warunkach. Nadal funkcjonowała, głównie w Pucku, gdzie przewodził strażnikom morskim pułkownik wojsk broniących wybrzeża, starosta pucki Ernest Wejher. Jednak doznawała ona coraz dotkliwszych ciosów ze strony floty duńskiej i szwedzkiej oraz moskiewskiej działającej z Narwy.35
Pomimo niekorzystnej sytuacji rolę rzecznika interesów polskich na Bałtyku wzięło na siebie wielu światłych i rozumiejących potrzebę posiadania przez Polskę floty wojennej doradców zmarłego króla. Należeli do nich m. in. przewodniczący Komisji Morskiej Jan Kostka, biskup kujawski Stanisław Karnkowski i sekretarz królewski Jan Dymitr Solikowski.36
Karnkowski w dziele pt. De iure provinciale terrarum, maiorumque civitatum Prussiane (O prawach prowincji i większych miast pruskich), wydanym w Krakowie w 1574 r., a napisanym dla nowego władcy Henryka Walezego, przedstawił w nim poglądy na politykę bałtycką Polski i „dominium maris Baltici". Autor pragnął nakłonić króla do pieczołowitego zajęcia się sprawą floty i handlu morskiego, podkreślając: gdy morzem władać będziemy, wówczas i o sprawiedliwość, pokój i obronę brzegów, portów i prowincji, którymi najważniejsze narody stoją i do góry się podnoszą, łacniej postarać się będziem mogli.37
Słowa te będące swoistym podsumowaniem wielomiesięcznych dyskusji i równocześnie jednym z przejawów żywotności idei bałtyckiej, dobitnie podkreślały, że tylko dostęp do morza jest podstawą dorobku ekonomicznego, a zatem i niezależności politycznej państwa. Biskup pragnął ponadto uzmysłowić społeczeństwu polskiemu korzyści płynące z „uprawy" morza, a punktem wyjścia było stwierdzenie, że panowanie na morzu zasadza się na władaniu bezpośrednim i na władaniu użytecznym. Pierwsze obejmowało trzy problemy: organizowanie żeglugi w zależności od okoliczności, a w tym podczas wojny i pokoju, otwieranie nieznanych szlaków żeglugowych i zamykanie niekorzystnych szlaków dla króla oraz prowincji. W ostatnim przypadku chodziło o żeglugę narewską, godzącą w interesy państwa. Ponadto władanie bezpośrednie miało obejmować zagospodarowanie i umocnienie wybrzeży i portów przez budowę fortyfikacji, nakładanie ceł morskich i wreszcie organizowanie wypraw morskich. Królowi przysługiwało również sprawowanie sądownictwa wyższego i niższego nad wszystkimi ludźmi morza.
Z kolei zakres władania użytecznego obejmował rybołówstwo morskie, pozyskiwanie bursztynu i soli oraz innych bogactw morza, a także przejmowania towarów z rozbitych statków.38
Natomiast Solikowski sprawy polskiego morza i floty wojennej propagował w swych mowach i pismach.39 Szczególnie najcelniejsze uwagi dotyczące problematyki morskiej zawarł on w Rozmowie kruszwickiej,40 napisanej najprawdopodobniej w lutym 1573 r. Opowiadał się w niej za elekcją Henryka Walezego, gdyż jego zdaniem tylko on mógł zagwarantować wzmocnienie potencjału morskiego, a głównie podniesienie rangi Gdańska jako portu Rzeczypospolitej i budowę floty wojennej. Solikowski doceniał znaczenie posiadania floty i portów oraz prowadzenia wojennej polityki morskiej, gdyż ich brak mógł doprowadzić z czasem do zależności gospodarczej od innych krajów, a ponadto groził przekształceniu Polski w surowcowy, niesamodzielny dodatek do państw, które opanowały żeglugę międzynarodową.41
Dawny sekretarz Zygmunta Augusta na znaczenie kwestii morskiej w walce poprzedzającej elekcję zwrócił po raz pierwszy uwagę w Zdaniu względem wyboru króla, powstałym latem 1572 r., a więc tuż po śmierci Zygmunta Augusta.42
Elekcja Henryka Walezego na króla stwarzała początkowo nadzieje na pomoc Francji w zabezpieczeniu „dominium maris Baltici". W Pacta conventa Walezy zobowiązywał się poza zapewnieniem udogodnień dla polskich kupców w portach francuskich do wystawiania i własnym sumptem utrzymywać potrzebną i wystarczającą flotę do obrony portu i panowania na morzu, przyległym do królestwa i jego prowincji, jak daleko się tylko rozciąga cały ten krąg polskich dzierżaw.43 Jednak wobec nagłego wyjazdu Walezego do Francji planów tych nie zrealizowano.
Kolejny król Stefan Batory zajęty od początku działaniami zbrojnymi na wschodzie nie przywiązywał zbyt dużej wagi do uprawiania aktywnej polityki morskiej. Wprawdzie zmusił buntujący się Gdańsk do uznania jego zwierzchnictwa w 1577 r., wykorzystując do tego celu flotę kaperską 9 okrętów bazującą w Pucku i dowodzoną przez Ernesta Wejhera, ale później traktatem z 26 lutego 1585 r. uchylił konstytucję Karnkowskiego, która stanowiła gwarancję panowania polskiego na wybrzeżu i morzu. Ponadto zrzekł się do zasięgania opinii Gdańska przed podjęciem decyzji w kwestiach morskich.44 Oznaczało to koniec wielkich aspiracji morskich Rzeczypospolitej.
W drugiej połowie XVI wieku, kiedy to Polska gwałtownie zetknęła się z problemami morza, pojawiło się w polskim piśmiennictwie wojskowym dzieło o charakterze wyjątkowym, które różni się na korzyść od wszystkich ówczesnych polskich traktatów wojskowych stroną ilustracyjną, tj. planami bitew, schematami szyków bojowych i rysunkami sprzętu wojskowego. Była to pierwsza praca wojskowa tak bogato ilustrowana, przewyższająca pod względem technicznym opisów pozostałe polskie traktaty wojskowe XVI wieku. Dziełem tym były Księgi hetmańskie Stanisława Sarnickiego.45
Autor tego niezwykłego dzieła nie był wojskowym, lecz duchownym protestanckim. Urodził się około roku 1532 w Mokrem Lipiu w ziemi chełmińskiej. Studiował na uniwersytecie w Królewcu, zajmował się badaniami historycznymi i geografią. Wiele też podróżował, także morzem. Stąd dobrze znał obce kraje, a ponadto czytał rozprawy zagranicznych autorów.
W latach 1577-1578 powstało dzieło Księgi hetmańskie, ale jego największym dziełem historycznym były „Roczniki", wydane drukiem w Krakowie w roku 1587, w których autor opisał dzieje Polski od czasów najdawniejszych aż do panowania Stefana Batorego.
Interesujące nas dzieło Stanisława Sarnickiego Księgi hetmańskie składa się z 10 ksiąg, które dzielą się na rozdziały i podrozdziały. Zachowało się ono do naszych czasów w sześciu rękopisach. W tym obszernym dziele o sztuce wojennej zawarł wiedzę o ćwiczeniach żołnierzy i działaniu wojska podczas wojny, opierając się na doświadczeniach polskich i obcych. Natomiast przedostatnia, IX księga dzieła Sarnickiego zawiera wiadomości nie spotykane w innych polskich pracach wojskowych XVI wieku, poświęcona bowiem została zagadnieniom morskiej sztuki wojennej. Tytuł zaś jej brzmi Dziewiąte księgi o zwyczaju morskiej bitwy. Napisana ona została na podstawie księgi XI traktatu Walturiusza poświęconej bitwom morskim i budowie okrętów oraz księgi IV Wegecjusza. Wstępna jej część zawiera opis różnych typów okrętów oraz materiałów używanych do ich budowy. W warunkach polskich, jego zdaniem, najlepszym drzewem był dąb, król wszystkich drzew. Natomiast do jego zbijania proponował używanie gwoździ miedzianych, a nie żelaznych. Z kolei w rozważaniach O czasiech nawigacyjej, o znakach, o wiatrach, o zegarze okrętowem, natura morza pełno jest szczegółów i ciekawostek, gdyż w tej materii jego wiedza nie mogła być zbyt duża.46 Ponadto Sarnicki przytoczył przykład bitwy morskiej, opisując oraz przedstawiając graficznie na planie bitwę stoczoną w roku 1571 przez flotę Ligi panów chrześcijańskich pod dowództwem Don Juana d'Austria z flotą turecką Alipaszy pod Lepanto, w Zatoce Korynckiej, chociaż błędnie ją umiejscowił w Zatoce Ambracyjskiej, gdzie w starożytności stoczona została bitwa morska pod Akcjum. 47
Sarnicki wzywał też do utworzenia „Szkoły morskey woyny", która miała przygotować oficerów głównie do „kunsztów fraybierskich", tj. do działań na morzu. Uważał, że szkoła taka mogła być urządzona nad Wisłą w okolicach Krakowa, gdyż pozwoliłoby to na sprawowanie nad nią patronatu przez dwór królewski.48 Podkreślał, że także oficerowie wojsk lądowych powinni być przygotowani do udziału w obronie wybrzeża.
„Księgi hetmańskie" Stanisława Sarnickiego były pierwszym dziełem w polskim piśmiennictwie wojskowym końca XVI wieku, które przedstawiało całokształt problematyki działań na morzu.49
Po śmierci Króla Stefana Batorego ponownie nawiązano do idei bałtyckiej. Było to związane z elekcją Zygmunta III Wazy na tron polski. Elektorzy oczekiwali od niego prowadzenia aktywnej polityki morskiej, ale naturalnie bez nadzwyczajnych obciążeń szlachty. Wyrazicielem tych tendencji był m. in. Stanisław Gostomski, który w napisanej w 1587 r. broszurze pt. Racje pro electione Zygmunta, królewicza szwedzkiego, militantes in anno 1587 uważał, iż wyniesienie Wazy na tron polski pozwoli na płaszczyźnie współpracy politycznej i gospodarczej ze Szwecją, wskrzesić flotę oraz tą drogą uwolnić polski handel morski od ciężarów duńskiego cła.50
Wybór w roku 1587 Zygmunta III Wazy na króla Polski tych oczekiwań nie spełnił. Będąc z pochodzenia Szwedem, marzył o koronie swego rodzinnego kraju. Po wymuszonej przez stryja Karola IX detronizacji Zygmunta III z tronu szwedzkiego w 1598 r., z którą ten się do końca życia nie pogodził, stało się to pretekstem do rozpoczęcia przez królów szwedzkich długoletnich wojen z Polską. Najważniejszą przyczyną walki o „dominium maris Baltici" było jednak dążenie Szwecji do opanowania całego basenu Morza Bałtyckiego. Pozostanie jednakże bezspornym faktem, że Zygmunt III i jego dwaj synowie Władysłwa IV i Jan Kazimierz przez 60 lat z małymi przerwami musieli walczyć ze Szwecją o polski stan posiadania nad Bałtykiem.
Początki morskiej myśli wojskowej w Polsce sięgają drugiej połowy XV wieku, ale rozwój zainteresowania problematyką morską nastąpił w XVI wieku, do czego przyczyniło się realizowanie idei „dominium maris Baltici". Twórca tej koncepcji Zygmunt August spowodował jej szeroki rozwój, obejmujący kilka kompleksów zagadnień. Należały do nich zabiegi związane z ochroną własnych portów i sprawowanie władzy zwierzchniej nad całą południowo-wschodnią częścią Bałtyku, co doprowadziło do utworzenia Komisji Morskiej i rozbudowy floty wojennej.
Ten ambitny i wszechstronny program bałtycki nie znalazł, niestety, należytego zrozumienia wśród szlachty. Był on w znacznej mierze dziełem samego króla i jego otoczenia, a głównie Jana Kostki, Stanisława Karnkowskiego, Jana Dymitra Solikowskiego, Jana Zamoyskiego i Ernesta Wejhera.
Po śmierci Zygmunta Augusta podczas wszystkich trzech kolejnych elekcji zagadnienia morskie wysuwano na plan pierwszy, a pacta conventa nakładały na królów tradycyjny od czasów Henryka Walezego obowiązek wystawienia i utrzymania floty wojennej, gdyż ogół zrozumiał, że nie dość jest odzyskać dostęp do morza, lecz że należy umieć ten dostęp wyzyskać w postaci wykorzystania Bałtyku, jako arterii komunikacyjnej, a przy tem wykorzystaniu należy mieć zbrojną służbę na morzu. 51
Natomiast morska teoretyczna myśl wojskowa w Polsce do końca XVI wieku nie wyszła poza stadium początkowe, gdyż poza Księgami hetmańskimi Stanisława Sarnickiego nigdzie nie poruszono problematyki wojny na morzu. Było to wynikiem specyfiki zagrożenia zewnętrznego, w którym aspekt morski odgrywał niewielką rolę. 52 Dopiero następne stulecie stało się okresem żywiołowego jej rozwoju.
Przypisy:
Zdaniem J. Widajewicza, to Mieszko I i Bolesław Chrobry byli twórcami polskiej polityki bałtyckiej i morskiej. Zob. J. Widajewicz, Słowianie zachodni na Bałtyku , Toruń 1934, s. 26-36.
Zob. E. Kosiarz, Wojny na Bałtyku X-XIX w: Gdańsk 1978, s. 35-40; G. Labuda, Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej, t. 2, Poznań 1964, s. 125-131.
E. Koczorowski, Pierwsze związki Polski z Bałtykiem, „Przegląd Morski", 1982 nr 7-8, s. 98-99;
W. Dzwonkowski, Wojsko i wojna u Słowian w pierwszym 1000-leciu po Chrystusie, „Bellona", 1945 nr 6, s. 238.
M. Prosnak, Flota polska w dobie pierwszych Piastów w świetle zachodnich źródeł, „Nautologia", 1991 nr 3-4, s. 40.
Zajęcie przez Krzyżaków w 1309 r. Pomorza Gdańskiego nie zahamowało jednak aktywności gospodarczej książąt pomorskich, uzyskujących znaczne korzyści z portów morskich. Zob. W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej, „Przegląd Morski", 1986 nr 7-8, s. 120.
Na temat wojny trzynastoletniej istnieje obszerna literatura, a m. in.: J. Wimmer, M. Krwawicz, Wojna trzynastoletnia (1454-1466), Warszawa 1957; M. Biskup, Wojna trzynastoletnia i powrót Polski nad Bałtyk w XV wieku, Kraków 1990; tenże, Stosunek Gdańska do Kazimierza Jagiellończyka w okresie wojny trzynastoletniej, Toruń 1952; tenże, Gdańska flota kaperska w okresie wojny trzynastoletniej, Gdańsk 1953; tenże, Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521, Gdańsk 1993; M., Bielski, W. Rezmer, Bitwy na Pomorzu 1109-1995, Gdańsk 1993. Działania morskie przedstawił W. Hubert, Wojny bałtyckie, Warszawa 1939, ale ostatnio opracował je gruntownie J.W. Dyskant, Zatoka Świeża 1463, Warszawa 1987.
Do działań bojowych przystosowywano statki handlowe, które po niezbędnej przebudowie i przezbrojeniu stawały się okrętami wojennymi. Ich kapitanowie otrzymywali od władców lub rad miejskich specjalne upoważnienia do prowadzenia działań na morzu, zwane listami kaperskimi. Zob. W. Zarzycki, Kaprowie
i piraci polscy, Warszawa 1997. Problemy techniczne ówczesnych jednostek wojennych przedstawiono w pracy Polska technika wojskowa do 1500 roku, pod red. A. Nadolskiego, Warszawa 1994, s. 362-377.
M. Biskup, Gdańska flota kaperska w czasie wojny trzynastoletniej 1454-1466, Gdańsk 1953, s. 21; M. Pelczar, Rozwój i stan badań historycznych nad dziejami polskiej floty morskiej okresu do końca XIX wieku, „Rocznik Ośrodka Nauk Społecznych i Wojskowych Marynarki Wojennej", 1966 nr 3, s. 24.
W liście zamieszczano imię władcy lub wystawiającej go rady miejskiej, nazwisko i imię kapitana, zezwolenie na zwalczanie statków przeciwnika lub innych płynących do jego portów oraz wykaz państw i miast neutralnych, których statki należało oszczędzać, jeżeli nie płynęły do portów przeciwnika. List zawierał także prośbę o pomoc w zaopatrzeniu danego kapitana w żywność i inne niezbędne środki oraz zapewnienie mu swobody żeglugi na wodach lub w portach państw przyjacielskich.
J.W. Dyskant, op. cit., s. 137-168.
M. Krwawicz, Działania polskiej floty wojennej podczas wojny o odzyskanie Pomorza w latach 1454-1466, „Myśl Wojskowa", 1956 nr 1, s. 85.
W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej, w: Polityka morska państwa w 40-leciu PRL, Gdańsk 1986, s. 2.
E. Koczorowski, Gdy systemem kaperskim floty wystawiano, „Przegląd Morski", 1982 nr 9, s. 62.
T. Górski, Flota Jagiellonów i Wazów, Gdańsk 1989, s. 104-105.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, Gdańsk 1947, s. 43.
S. Bodniak, Żołnierze morscy Zygmunta Augusta (1517-1522), „Nautologia", 1970 nr 1-2, s. 42-43.
W. Odyniec, Starostwo puckie 1546-1678, Gdańsk 1961, s. 53.
T. Ocioszyński, Rozwój żeglugi i myśli morskiej, Gdynia 1968, s. 284.
K. Lepszy, Zarys dziejów polskiej marynarki, Kraków 1947, s. 9-11; W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej..., s. 1-16; tenże, Polskie dominium maris Baltici, „Nautologia", 1981 nr 4, s. 50-53.
Zob. K. M. Kowalski, Puck jako twierdza morska i siedziba arsenału w XVI i XVII w., w: Związki Pucka z morzem i Marynarką Wojenną, Puck 1998, s. 51-68.
J. Wójcik, Dzieje Polski nad Bałtykiem, Warszawa 1989, s. 150.
W. Odyniec, 400-lecie powołania Komisji Morskiej, „Rocznik Ośrodka Nauk Społecznych i Wojskowych Marynarki Wojennej", 1968 nr 4, s. 41-46; E. Koczorowski, Pierwsza Komisja Morska i jej wpływ na rozwój polskiej floty wojennej w XVI w., „Przegląd Morski", 1968 nr 6, s. 43-54.
Zob. W. Aleksandrowicz, Jan Kostka senator wielkiej sławy i rozumu praeses primarius commissarius Komisji Morskiej, „Nautologia", 1968 nr 1-2, s. 53-58.
J. Wójcik, op. cit., s. 163.
J. Pertek, Polacy na morzach i ocenach, t. 1, Poznań 1981, s. 104-105.
S. Bodniak, Polska a Bałtyk..., s. 88; K. Lepszy, op. cit., s. 104.
K. Lepszy, op. cit., s. 106-107.
Polski system kaperski działał pod znakiem majestatu bandery królewskiej, która chroniła okręty floty przed podejrzeniami o piractwo.
Okręty floty strażniczej podnosiły dwie bandery: narodową i królewską. Bandera narodowa nawiązywała wzorem i barwą do chorągwi Korony Królestwa Polskiego, a zatem całego państwa.
Pierwsze artykuły morskie król ogłosił 31 maja 1566 r., ale ich treść pierwotna nie zachowała się.
Zob. S. Bodniak, Ordynacja dla kaperskiej floty polskiej z 1571 roku; Komunikat Instytutu Bałtyckiego nr 27, Gdynia 1935; J. Wójcicki, Dzieje Polski nad Bałtykiem, Warszawa 1989, s. 155-159.
K. Górski, Polska w zlewisku Bałtyku, Gdańsk-Bydgoszcz-Szczecin 1947, s. 121.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, Gdańsk 1947, s. 164; twierdzi, że galeona ocalała i nie została spalona przez flotę gdańską. Faktem było jednak, że do służby nie weszła.
W. Odyniec, op. cit., s. 46.
S. Bodniak, Sprawy „Straży morskiej" w bezkrólewiach i za Henryka Walezego (1572-1575), „Nautologia", 1968 nr 1-2, s. 102-106.
Zob. E. Kotarski, U progu marynistyki polskiej XVI-XVII wiek, Gdańsk 1978, s. 220-268.
Z. Lepszy, Dominium maris Baltici, s. 204.
W. Odyniec, Pojęcia dominium maris Baltici u Stanisława Karnkowskiego, „Nautologia", 1981 nr 4, s. 50-53.
Jego zasługi dla spraw morskich obszernie opisał E. Kotarski, Kto ma państwo morskie... Problemy morza w opinii dawnej Polski, Gdańsk 1970, s. 39-54.
Zob. E. Kotarski, op. cit., s. 171-186.
J. Górski, Poglądy merkantylistyczne w polskiej myśli ekonomicznej XVI i XVIII wieku, Wrocław-Warszawa 1958, s. 65.
E. Kotarski, U progu marynistyki ..., s. 234-235.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, s. 145.
S. Bodniak, Stefan Batory a Gdańsk, „Rocznik Gdański", R. VI, Gdańsk 1932, s. 131-134.
Zob. J. Wójcicki, op. cit., s. 159-160; J. Sikorski, Polskie piśmiennictwo wojskowe od XV do XX wieku, Warszawa 1991, s. 104-114; tenże, Stanisław Sarnicki jako pisarz wojskowy, „Zeszyty Naukowe WAP" 1967, Seria historyczna nr 15, s. 56-62.
Do wiadomości morskich Sarnickiego krytycznie odniósł się Stanisław Bodniak, który próbując ustalić ich źródła zwrócił jednak uwagę na fakt, że słownik morski autora „Ksiąg hetmańskich" jest najbogatszy na przestrzeni XVI wieku. S. Bodniak, Sprawy morskie w „Księgach hetmańskich" Sarnickiego (1575-1577), „Rocznik Gdański", t. XII, Gdańsk 1939, s . 117-124.
Zob. O zwyczaju morskiej bitwy, pod red. J. Z. Lichańskiego, Gdańsk 1984, s. 54-80.
J. Wójcicki, op. cit., s. 159-160.
Szerzej J. Sikorski, „Księgi hetmańskie" Stanisława Sarnickiego na tle piśmiennictwa wojskowego w Polsce XVI wieku, „Studia i Materiały do Historii Wojskowości" 1966, t. XII, s. 3-69.
E. Kotarski, U progu marynistyki polskiej..., op. cit., s. 143.
W. Hubert, Historia wojen morskich, Warszawa 1935, s. 256.
K. Olejnik, Rozwój polskiej myśli wojskowej do końca XVII w., Poznań 1976, s. 194

MORSKA SZTUKA WOJENNA DOMINIUM MARIS BALTICI A NARODZINY POLSKIEJ
MORSKIEJ MYŚLI WOJSKOWEJ
Bolesław Krzywousty
Mlodszy syn Wladyslawa Hermana i jego drugiej zony Judyty, ksiezniczki czeskiej urodzil sie w r. 1086. Pierwsza jego zona byla Zbyslawa, corka ksiecia kijowskiego Swietopelka II. Po jej smierci pojal Salomee, corke hrabiego Bergu. Przejawial duze talenty polityczne i wojskowe. Boleslaw za zycia ojca byl wladca dzielnicy slasko-malopolskiej. Po jego smierci podlegal poczatkowo starszemu bratu Zbigniewowi w latach 1102-1106. Boleslaw powodowany ambicja, jak tez checia zjednoczenia panstwa wszczal walki ze Zbigniewem uzyskujac rychlo przewage. Obawiajac sie Zbigniewa, kazal go oslepic. Nawet uwielbiejacy Boleslawa Krzywoustego Gall Anonim nazwal to "zbrodnia i grzechem". Cesarz niemiecki Henryk V wykorzystal ten czyn jako pretekst do najazdu na Polske. Najazd Niemcow zjednoczyl spoleczenstwo wokol Boleslawa, jako obroncy niezaleznosci panstwa. Cesarz nie zdolal zdobyc ani bohatersko broniacego sie Glogowa ani Wroclawia. Kleska na Psim Polu zmusila go do odwrotu. Dzielem Boleslawa Krzywoustego bylo takze odzyskanie Pomorza. Po kilkuletnich zaciekle prowadzonych walkach Polska uzyskala dostep do morza od wyspy Rugii na zachodzie do ujscia Wisly. Obok wielu sukcesow doznawal jednak Boleslaw Krzywousty niepowodzen. Bunt wojewody Skarbimierza w r. 1117 i pozniejsza niepomyslna wojna z Wegrami w r. 1132 nie dozwolily mu ukoronowac sie na krola. W r. 1135 musial nadto zlozyc cesarzowi Lotarowi w Merseburgu hold z Rugii i Pomorza. Najwieksza jednak kleska Krzywoustego byl fakt, ze walczac cale zycie o zjednoczenie Polski i jej calkowita niezaleznosc polityczna, musial przed smiercia w r. 1138 zrezygnowac z tych idei, ulegajac coraz silnieiszym dazeniom odsrodkowym. Wbrew wlasnemu przekonaniu podzielil kraj pomiedzy synow. Najstarszy Wladyslaw otrzymal Slask, Boleslaw Kedzierzawy Mazowsze i Kujawy, Mieszko Stary Wielkopolske, a Salomea, przy ktorej pozostawali nieletni Henryk i Kazimierz, dostala dzielnice leczycka. Aby jednak mimo podzialu utrzymac jednosc panstwa, ustanowil Boleslaw zasade pryncypatu czyli zwierzchnictwa. Wielkim ksieciem mial byc najstarszy z rodu, i jemu na znak wladzy przypadala w udziale dzielnica wielkoksiazeca z Krakowem jako stolica, oraz zwierzchnictwo nad Pomorzem. Boleslaw Krzywousty pochowany zostal w Plocku.
Polska od wieków wiązała swe istnienie z morzem. Zainteresowanie nim rosło wraz z kształtowaniem się państwa. Świadectwem tego jest już dążenie pierwszego władcy polskiego Mieszka I i jego syna Bolesława Chrobrego do oparcia granicy o Bałtyk. Pierwszy założył gród gdański, a drugi przez fundowanie biskupstwa w Kołobrzegu w 1000 r. oraz przeprowadzenie w tymże mieście pierwszych symbolicznych zaślubin z morzem, w trakcie których wrzucono do Bałtyku cztery poświęcone głazy, zakładał trwałe fundamenty pod swoje panowanie. Obaj władcy dążyli do rozciągnięcia i utrwalania panowania na wybrzeżu od delty Odry do delty Wisły.1 Ich następcy, a szczególnie Bolesław Szczodry i Bolesław Krzywousty stawiali sobie cele podobne. Jednak ze względu na brak źródeł trudno mówić o jakiejś polityce morskiej. Książęta polscy dążąc nad Bałtyk pragnęli poszerzyć swe terytorium. Często występowali zaczepnie o władztwo nad tymi obszarami. Przykładem tych wystąpień są znane bitwy pod Svoldern w 1000 r., wyprawy na Robe w 1014 r. czy Haithabu w 1043 r. oraz zdobycie Kołobrzegu w 1103 r.. 2 Niezwykle śmiała była natomiast wyprawa szczecińskiego księcia Racibora I na odległą Konungahelę w roku 1136, w której wzięło udział około 14 000 zbrojnych, w tym 1300 jezdnych zaokrętowanych na 650 okrętach.3 W akcji tej, jak i wcześniejszych uczestniczyły siły polskie bądź jako samodzielne związki operacyjne, bądź w składzie flot sojuszniczych działających przeciw wspólnemu wrogowi. Morska działalność pierwszych Piastów była częścią wspólnego systemu organizacyjnego państwa, przeznaczoną do obrony jego interesów morskich i dysponującą zarówno okrętami, jak i siłą zbrojną oraz bazami w postaci twierdz portowych, zabezpieczających potrzeby zaopatrzeniowe, remontowe i łączności, a więc wszystkimi elementami składającymi się na flotę wojenną. Istnienie silnej floty wojennej we wczesnofeudalnym państwie polskim dobitnie świadczyło o orientacji morskiej w czasach pierwszych Piastów.4
Odepchnięcie Polski od Bałtyku nastąpiło w wyniku rozbicia dzielnicowego i tym samym osłabienia władzy centralnej, ale również przemian społeczno-gospodarczych i dopuszczenia do inwazji żywiołu niemieckiego na tereny nadbałtyckie oraz sprowadzenia Krzyżaków.5
W zjednoczonym przez Władysława Łokietka państwie polskim w 1320 r. zabrakło dostępu do morza. Usiłowania powrotu nad Bałtyk nie dały rezultatu aż do połowy XV wieku.
Dopiero rozpoczęcie przez Kazimierza Jagiellończyka w roku 1454 walki o odzyskanie Pomorza wykazało, że podstawowym warunkiem realizacji określonej polityki morskiej było posiadanie zarówno odpowiedniego dostępu do morza, jak i stosownego potencjału morskiego. Chociaż wojna trzynastoletnia6 była wojną typowo lądową, to jednakże Kazimierz Jagiellończyk, jak i przedstawiciele Związku Pruskiego z Gdańskiem na czele rozumieli doskonale, że choć rozstrzygnięcie w tej wojnie musi zapaść na lądzie, to przecież nie da się go osiągnąć bez uprzedniego zwycięstwa na morzu. Wynikało to z faktu, że państwo krzyżackie, otoczone na lądzie posiadłościami Polski i Litwy, skazane było jedynie na łączność drogą morską ze swymi sprzymierzeńcami. Utworzenie floty wojennej stało się, więc pilną koniecznością, bez której trudno było liczyć na zwycięstwa.
W roku 1455 rajcy Gdańska zwrócili się do Kazimierza Jagiellończyka z prośbą o zgodę królewską na wystawienie floty kaperskiej.7 Taki system tworzenia flot wojennych był powszechnie stosowany w ówczesnej Europie, gdyż był nie tylko tani, jeżeli chodzi o nakłady finansowe, ale i zyskowny, zarówno dla armatorów i kaprów, jak i dla władców czy rad miejskich.
8 stycznia 1456 r. król w wystosowanym do Lubeki liście oznajmił, że z nadchodzącą wiosną wyśle naves nostras („nasze okręty") przeciw swoim nieprzyjaciołom.8 Data ta jest zdaniem autora początkiem narodzin polskiej morskiej myśli wojskowej. Wystawiane zaś od 1460 r. listy kaperskie,9 w których rada gdańska podkreślała, że kaprowie wysyłani są na rozkaz króla polskiego, który zapewniał ich działalności swoje zwierzchnictwo i opiekę, stanowią kolejny dowód.
Pod względem wojskowym działania prowadzone przez floty kaperskie Gdańska i Elbląga w czasie wojny trzynastoletniej wyraźnie wykazały wyższość i większą skuteczność polskich środków i sposobów walki nad krzyżackimi. Jednym z dowodów wyższości sztuki wojennej polskich sił morskich była bitwa stoczona 15 września 1463 r. na wodach Zatoki Świeżej, bo tak nazywano wówczas Zalew Wiślany, w której zastosowany przez flotę polską szyk „półksiężyca" różnił się od szyków bojowych używanych dotąd we flotach miast hanzeatyckich, a w tym krzyżackich. Floty te stawały do bitwy w szyku „klina", „czołowym" lub kolumn torowych, podczas gdy jednostki polskie zastosowały jednoczesne uderzenie z trzech stron, tj. z obu skrzydeł i centrum.10
Kolejnym dowodem były przykłady zorganizowania współdziałania polskich sił morskich z wojskami lądowymi broniącymi się w miastach oblężonych przez oddziały zakonne lub też zdobywającymi twierdze obsadzone przez Krzyżaków, jak to miało miejsce w walkach o Puck w roku1464, kiedy skuteczna blokada od strony morza w dużej mierze zadecydowała o powodzeniu oblężenia prowadzonego przez oddziały polskich wojsk lądowych.11 Był to pierwszy sukces taktycznego współdziałania floty i wojska, dzięki któremu zdobyto tak silną nadmorską twierdzę. Niemal w 200 lat później, w ten sam sposób Puck został odbity z rąk szwedzkich.
Działalność polskiej floty kaperskiej w czasie wojny trzynastoletniej odegrała poważną rolę w całokształcie przebiegu działań i w decydujący sposób przyczyniła się do klęski zakonu krzyżackiego. W wyniku II pokoju toruńskiego w 1466 r. przywrócono władanie Polski nad Bałtykiem. Odzyskany odcinek wybrzeża nie był długi. Granica morska ciągnęła się od ujścia Łaby do połowy Mierzei Wiślanej, czyli wynosiła w linii prostej nie więcej niż 150-200 km. W stosunku do granic lądowych wynosiła ona ok. 5-6%. Był to jeden z powodów słabego zainteresowania władców, a także i ich rady a następnie sejmu, potrzebą jej zabezpieczenia. Ponadto sądzono, iż ataku z morza nie będzie, bo nieprzyjaciół na północy nie obawiano się.12
Kazimierz Jagiellończyk nie doceniając korzyści i znaczenia sprawowania władzy nad Bałtykiem, zrezygnował z aktywnej polityki morskiej nadając liczne przywileje Gdańskowi, które miały moc obowiązującą aż do roku 1793. Te przywileje zwane privilegia Casimiriana zlecały miastu troskę o bezpieczeństwo wybrzeża, a ponadto zapewniały pośrednictwo w wymianie międzynarodowej drogą morską. Równocześnie król oddał Gdańskowi część Mierzei Wiślanej aż po granicę z państwem krzyżackim oraz nadał kilka wsi wokół miasta. Sobie zastrzegł prawo wprowadzania ceł morskich oraz prawo zamykania i otwierania portu.13 W przyszłości, swoista interpretacja tego przywileju przez Gdańszczan, doprowadzała do ustawicznych konfliktów z władcami Polski.
Zygmunt Stary jako pierwszy król Polski docenił posiadanie własnej floty wojennej. On też po raz pierwszy w naszych dziejach wstawił zaniedbaną sprawę budowy floty do programu polityki państwowej. Utworzona flota królewska liczyła kilkanaście jednostek średniej wielkości i głównym jej celem było zwalczanie linii komunikacyjnych Moskwy, Krzyżaków i Duńczyków.14 Dla podkreślenia odrębności tej floty król sam wystawiał listy kaperskie, w których załogi okrętów kaperskich nazywał milites nostri maritimi („nasi żołnierze morscy").
Pierwsza wzmianka o królewskim „żołnierzu morskim" pochodzi z 1517 r., kiedy to kapitan Adrian Flint został zatrzymany przez Duńczyków w Wyborgu. Zygmunt zażądał wtedy nie tylko zwolnienia Flinta i jego 12 ludzi, ale również okrętu kapitana i zdobycznej jednostki wraz z towarem, stwierdzając, że Flint za jego pozwoleniem zagarnął Moskali na morzu.15
Działalność „żołnierzy morskich" Zygmunta Starego trwała tylko kilka lat. Po zakończeniu kolejnej wojny z zakonem krzyżackim i zawarciu rozejmu z Moskwą w 1522 r., niepotrzebną już flotę kaperską rozwiązano.16 Odtąd już do końca swego panowania król nie widział potrzeby wznowienia działalności morskiej, gdyż w jego planach flota nie odgrywała żadnej roli jako czynnik umacniający dostęp Polski do morza i zapewniający obronę granic morskich oraz zamorskiego handlu Rzeczypospolitej. Wymownym przejawem niedoceniania spraw morskich była też rezygnacja w roku 1526 z części Półwyspu Helskiego na rzecz Gdańska. Tym samym Rada Miejska Gdańska kontrolowała całe Wybrzeże polskie, bo dzierżawiła także od króla starostwo puckie. 17 Sytuacja ta powodowała, iż główna uwaga gdańszczan koncentrowała się na uprawianiu pośrednictwa i obronie monopolu ludności Gdańska dla jego uprawiania. 18
Jagiellonowie odzyskując Pomorze nie doceniali więc korzyści i znaczenia sprawowania faktycznego władania nad Bałtykiem, oddając je mieszczanom, ufając w ich dobrą wolę.
Opracowanie programu polskiego „dominium maris Baltici" zakładającego rozbudowę floty wojennej i sprawowaniu władzy zwierzchniej nad wybrzeżem i wodami terytorialnymi wiązane było z aktywną polityką Zygmunta Augusta na Bałtyku.19 Celem tej polityki było między innymi rozbudzenie świadomości morskiej szlachty. Władca ten, chcąc uniezależnić się w zmaganiach o Inflanty od Gdańska przeniósł 27 lutego 1567 r. bazę nowej floty kaperskiej do Pucka. Zwierzchnictwo nad flotą powierzył początkowo dwóm komisarzom, a potem staroście puckiemu Janowi Kostce. Fakt ten wpłynął na rozwój gospodarczy miasta. Odtąd miasto stało się arsenałem i twierdzą morską. 20 Rozpoczęto tu również w późniejszym okresie budowę okrętów wojennych.
Jan Kostka przygotował plan rozwoju floty królewskiej. W tym celu zamierzał rozbudować port w Pucku, aby być całkowicie niezależnym od Gdańska. Puck został więc wykupiony spod zastawu rady gdańskiej. Jednak na skutek interwencji Gdańska projekt upadł.21
Flota królewska zwana też flotą strażników morza liczyła początkowo ok. 10 jednostek, ale z czasem powiększyła się do ok. 30 okrętów, głównie galeonów i pinek, na których pełniło służbę ok. 1000 marynarzy. Spowodowało to konieczność utworzenia specjalnej instytucji, która kierowałaby całokształtem spaw morskich. 24 marca roku 1568 król powołał Komisję Morską, pierwszy w naszych dziejach organ administracji i gospodarki morskiej. Komisja spełniła również rolę pierwszej admiralicji.22 Była więc naczelnym organem państwowym do spraw morskich pierwowzorem ministerstwa żeglugi. Na siedzibę komisji wyznaczono dom królewski w Gdańsku. Jej przewodniczącym z woli króla, został Jan Kostka.23
W tym czasie flota królewska nadal bazowała w Pucku, który był siedzibą starostwa i głównym portem rybackim w Zatoce Gdańskiej. Przenosząc flotę do Pucka król Zygmunt August nakazał zarazem radzie gdańskiej przekazywanie do tego portu wszystkich nieprzyjacielskich statków zatrzymanych w Gdańsku. W związku z tym w latach 1565-1568 sprawami zdobytych statków zajmował się sąd w Pucku. Podyktowane to było również faktem, że komisarze morscy byli zbyt zajęci ogólnymi sprawami, a poza tym rada gdańska nie chciała, aby sądy morskie odbywały się w Gdańsku, gdyż powodowało to zatargi z krajami, do których należały zdobyczne statki. Z zachowanych ksiąg sądowych wynika, że w 1566 r. zdobyto co najmniej 15 statków holenderskich, duńskich, angielskich i hamburskich, a także kaprów szwedzkich. Natomiast w roku 1568 flota polska zdobyła ponad 20 statków, mimo iż w większości płynęły one w konwojach, aby w ten sposób móc skuteczniej bronić się przed atakami polskich okrętów.24
Chociaż bazą floty pozostawał Puck, to okręty królewskie zachowały prawo korzystania z portu gdańskiego w wyjątkowych wypadkach. Między innymi wobec przeważających sił wroga chroniły się pod osłoną armat latarni. Co prawda port pucki obwarowano i ustawiono armaty, ale był on portem otwartym, a zatem znacznie trudniejszym do obrony. Płytkie wody zatoki, zamarzające zimą, oraz konieczność ciągłego lawirowania wśród licznych mielizn Zatoki Puckiej były dodatkowym utrudnieniem.
W połowie czerwca 1568 r. silna burza zmusiła królewską flotę kaperską pod dowództwem Mateusza Scharpinga do schronienia się w Gdańsku. Szukając pożywienia kaprzy dokonali kradzieży drobiu i chociaż 11 winnych zostało uwięzionych przez dowódcę floty w celu ukarania ich przez Komisję Morską, to burmistrz gdański Ferber nakazał zabranie ich siłą z okrętów i skazanie na śmierć przez ścięcie. W następstwie tego drastycznego pogwałcenia królewskiego prawa zwierzchniego nad kaprami, a także ostrzelania ogniem armatnim z lądu okrętów kaperskich oraz niewypuszczenia do Gdańska powołanej przez Zygmunta Augusta komisji pod przewodnictwem biskupa Stanisława Karnkowskiego, burmistrz został ogłoszony winnym obrazy majestatu i wezwany przed sąd królewski na sejm do Lublina.25
Epilogiem rozpatrywania na sejmie lubelskim konfliktu z Gdańskiem był wyrok, jaki zapadł 12 sierpnia 1568 r. na przedstawicieli jego władz. Wtedy też padły z poselskich ust wojewodów Piotra Zborowskiego i Jana Sierakowskiego słowa o konieczności posiadania armaty na morzu żeby się mogła dać obrona zawdy prędka.26 Natomiast na sejmie warszawskim latem 1570 r. zostały zatwierdzone słynne później Statuty Karnkowskiego, które w 67 artykułach obejmowały całokształt zwierzchnich praw króla i Rzeczypospolitej w Gdańsku, a również prawo otwierania i zamykania żeglugi oraz panowanie nad przyległym morzem, czyli dominium maris.
Tak korzystne dla sprawy polskiego „dominium maris Baltici" statuty biskupa kujawsko-pomorskiego, stanowiące swoisty program morski nie na jedno pokolenie i nie na jeden wiek wskutek pobłażliwości Zygmunta Augusta szybko stały się martwą literą. 27
Po przyjęciu Statutów Karnkowskiego w polityce królewskiej ważnym kierunkiem działania stało się opracowanie przepisów prawnych dla floty. Otóż do czasu powołania Komisji Morskiej działalność polskiej floty kaperskiej, oparta na zasadach kaperskich28 z wykorzystaniem małych statków handlowych dostosowanych do działań wojennych, była nie skoordynowana. Członkowie załóg statków, zwani strażnikami morza, dopuszczali się często nadużyć i awanturnictwa. Na ich działalność skarżyły się także państwa neutralne. Zatem powołanie Komisji Morskiej miało na celu koordynowanie działalności strażników morza oraz utrzymanie wśród nich należytej dyscypliny, aby nie uwłaczały swoim zachowaniem majestatowi królewskiemu ani symbolom, pod którymi pływały.29
Tak więc Komisja Morska stanowiła nie tylko władzę zwierzchnią wobec strażników morza, wyprawiając ich na morze z określonymi zadaniami, lecz także sprawowała nad nimi sądownictwo wojskowe i dbała o dyscyplinę oraz karność, co wyrażało się między innymi w opracowaniu i wydaniu w Warszawie 16 lipca 1571 r. artykułów morskich,30 które były odpowiednikiem artykułów hetmańskich, stanowiących regulamin dla wojsk lądowych.
Artykuły morskie, zwane Ordynacją były pierwszym regulaminem polskiej floty wojennej. Zawierały 28 rozdziałów oraz rotę przysięgi i określały szczegółowo zasady działania przy spotkaniu z nieprzyjacielem na morzu i w porcie, zadania kapitanatów i obowiązki załogi, dyscyplinę i kary na okręcie oraz zasady podziału zdobyczy, a także stosunek strażników morskich do komisarzy i urzędników królewskich.
We wstępie do artykułów wyraźnie określono też, kogo one obowiązują, i stwierdzono, że każde naruszenie regulaminów królewskich, niezależnie od funkcji, stopnia czy też tytułu osoby, która by się tego dopuściła będzie surowo karane. Kary były zaś bardzo wymyślne i niekiedy zbyt srogie w stosunku do przewinienia. Uważano jednak wtedy, iż jest to jedyny sposób, aby poskromić tych skłonnych do bijatyk i rozboju ludzi.
Artykuł I dotyczył spraw organizacyjnych, a mianowicie nakazywał każdemu posiadaczowi listu kaperskiego stawić się osobiście przed Komisją Morską i złożyć przysięgę wierności królowi zgodnie ze słowami roty, przysięgę posłuszeństwa wobec komisarzy królewskich oraz zapewnienie wykonywania wszystkich postanowień listu, instrukcji oraz pozostałych artykułów. Artykuł ten zobowiązywał też kapitanów do bezwzględnego wykonywania komend i poleceń naznaczonego przez Komisję Morską admirała flotylli.
Kolejne artykuły, a więc: II, III i IV określały jednoznacznie zachowanie się całej załogi podczas akcji bitewnej. W każdej sytuacji zobowiązywano marynarzy oraz żołnierzy piechoty morskiej okrętowanej na czas bitwy do bezwzględnego posłuszeństwa rozkazom ich przełożonych i dzielnej, nieustraszonej postawy w obliczu wroga. Każde uchybienie treści tego postanowienia miało być karane śmiercią przez powieszenie na rei bądź rozstrzelanie.
Artykuł IV precyzował karę za dezercję połączoną często z przejściem na stronę wroga. Winnego tego rodzaju przestępstwa miano utopić lub pozostawić na bezludnej wyspie.
Artykuły od V do XIII bardzo szczegółowo omawiały prawidła codziennego życia okrętowego, na które składało się: pełnienie wacht, służb i wart, a zarazem stanowiły rejestr kar, jakie groziły tym, którzy te prawidła naruszali. Za przeklinanie, obelgi i znieważanie współczłonków załogi, za marnotrawienie jadła i wody lub ich kradzież, zależnie od przewinienia, groził cały wachlarz kar, od utraty żołdu, chłosty, przywiązania do masztu, rzucania z dużej wysokości do wody, aż do kary trzykrotnego przeciągania pod stępką. Ta ostania prawie zawsze równała się śmierci. Polegała ona na tym, że przywiązywano skazanego za dłonie i nogi do liny przeciągniętej pod dnem okrętu, od burty do burty. Marynarze stojący po obu burtach trzykrotnie przeciągali linę wraz z uwiązanym do niej człowiekiem. Każde samowolne opuszczenie okrętu, zwłaszcza gdy zmuszony był on wyjść w tym czasie w morze, było karane utratą żołdu, chłostą, a nawet śmiercią. Udział w buncie lub spisku był bezwzględnie karany śmiercią. Często winowajcę wyrzucano za burtę. Wobec powszechnej nieumiejętności pływania wśród braci żeglarskiej było to równoznaczne z wyrokiem śmierci.
Artykuły XIV – XVI dotyczyły pełnienia służby wachtowej i służby wartowniczej. Wielką wagę przywiązywano do tej sprawy, toteż stawienie się do pełnienia służby w stanie nietrzeźwym karane było chłostą. Podobną karę wymierzano także za niedbałe pełnienie wachty, zwłaszcza za spanie na wachcie.
Kolejny artykuł zobowiązywał wszystkich członków załogi do bezwzględnego podporządkowania się rozkazom kapitana, a także do przyjęcia wymierzonych kar.
Artykuły XVIII – XX dotyczyły udziału marynarzy w bezpośredniej walce wręcz, postępowania ze zdobyczami i jeńcami. I tak np. po zajęciu statku nie wolno było marynarzom samodzielnie dokonywać podziału łupów, lecz nietknięty statek wraz z ładunkiem, z jego załogą oraz ewentualnymi skarbami musiał być oddany w całości Komisji Morskiej dla podjęcia ostatecznej decyzji i wydania wyroku. Komisja Morska decydowała też o losach jeńców. Tylko sprawy osób znamienitych: posłów, kupców, przedstawicieli armatorów czy też arystokratów, rozstrzygał osobiście król.
Artykuł XXI brał pod uwagę ewentualność niedotarcia okrętu strażniczego wraz ze zdobycznym pryzem, do portu macierzystego. Sztorm, awaria lub inne przyczyny mogły spowodować zawinięcie okrętu królewskiego do przypadkowego portu schronienia. Wówczas kapitan zobowiązany był zwrócić się do miejscowych władz i wspólnie z nimi sporządzić dokładny inwentarz zdobyczy, przesłać do Komisji Morskiej i dopiero po uzyskaniu jej zgody dokonać podziału łupów według obowiązujących zasad. Dokumenty o charakterze poufnym, w stanie nienaruszonym należało dostarczyć Komisji Morskiej. Inaczej było w przypadku, gdy w grę wchodziły plany działań wojennych. Wówczas kapitan miał prawo zapoznać się z ich treścią, aby uprzedzić ewentualny manewr przeciwnika.
Autorytet kapitana okrętu strażniczego wspierały kolejne artykuły: XXII – XXV, uprawniające dowódcę do bardzo surowego karania każdego przejawu nieposłuszeństwa. Kapitan przyjmował nowo zaciągających się do służby, on też był władny w każdej chwili zwolnić marynarza, jeżeli uznał, że ów źle wywiązuje się ze swoich obowiązków. Każda próba zamachu na kapitana, kwatermistrza lub bezpośredniego przełożonego w czasie trwania żeglugi, głosił artykuł XXIV, miały być bezwzględnie ukarane śmiercią. Artykuł XXV zobowiązywał wszystkich członków załogi do zachowania w tajemnicy wszystkich spraw, które wiązały się ze służbą, głównie z planowanymi i wykonywanymi działaniami o charakterze wojennym.
Wreszcie trzy ostatnie artykuły: XXVI – XXVIII dotyczyły osoby profosa, który w imieniu Komisji Morskiej odbierał przysięgę na wierność i bezwzględne posłuszeństwo od marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej, i który, zgodnie z tradycją wraz z kapitanem w każdy poniedziałek, gdy okręt znajdował się w porcie, uczestniczył w sądzie marynarskim.31
Przytoczone postanowienia artykułów morskich stanowiły szczegółowe i przemyślane ustawy regulujące służbę na okrętach floty królewskiej. Był to jeden z najwcześniejszych na świecie regulaminów marynarki wojennej, ujmujący tak wszechstronnie i dokładnie zasady służby we flocie wojennej.
Zygmunt August starał się więc od początku tworzenia polskich sił zbrojnych na morzu nadać im cechy regularności, upatrując w tym gwarancji skutecznego działania. Był też pierwszym polskim królem, który zrozumiał potrzebę prowadzenia aktywnej polityki morskiej.32
Zygmunt August zdając sobie sprawę ze słabości floty utworzonej systemem kaperskim dążył do budowy regularnej floty wojennej. W tym celu zwołany na 6 stycznia 1572 r. do Warszawy sejm miał zająć się sprawami polityki morskiej i floty. Rozważano wniosek króla „ostatecznej", czyli stałej, a nie tylko na czas wojny flocie. Jednak okoliczności dla rozwoju floty i jej ostatecznego przekształcenia w regularną stałą marynarkę układały się coraz mniej pomyślnie. Wprawdzie budowę okrętów rozpoczęto w Elblągu, ale gdańszczanie w imię swoich, ciasno pojętych interesów zniszczyli niewykończony jeszcze okręt, królewską galeonę „ Smok", symbol i zaczątek polskiej floty wojennej.33
Śmierć króla Zygmunta Augusta 7 lipca 1572 r., twórcy i naczelnego admirała polskiej floty wojennej położyła kres aktywnej realizacji polskiej polityki morskiej. W ciągu jego długiego panowania Polska stała się europejskim mocarstwem, dysponującym wybrzeżem morskim o długości 1500 km i silną flotą wojenną, która operowała we wszystkich rejonach Morza Bałtyckiego, od cieśnin duńskich po Zatokę Fińską. W tym czasie Puck był jedynym portem wojennym Rzeczypospolitej, który pomimo niedogodnych warunków nawigacyjnych i wczesnego zamarzania odegrał ważną rolę jako baza floty królewskiej. Stąd polskie okręty wyprawiały się na tzw. chadzki wodne, czyli wypady na nieprzyjacielskie statki. Ponadto dzięki flocie królewskiej aż do połowy XVII wieku datował się bujny rozwój organizmu miejskiego.
Podkreślenia wymagają słowa wielkiego króla, wypowiedziane niejako w testamencie, bo przed śmiercią, że ... stateczną armatę należy na morzu swoim chować.34
Po śmierci Zygmunta Augusta, w okresie zamieszania związanego z bezkrólewiem i tarciami wokół kandydatury do tronu, flota znalazła się w trudnych warunkach. Nadal funkcjonowała, głównie w Pucku, gdzie przewodził strażnikom morskim pułkownik wojsk broniących wybrzeża, starosta pucki Ernest Wejher. Jednak doznawała ona coraz dotkliwszych ciosów ze strony floty duńskiej i szwedzkiej oraz moskiewskiej działającej z Narwy.35
Pomimo niekorzystnej sytuacji rolę rzecznika interesów polskich na Bałtyku wzięło na siebie wielu światłych i rozumiejących potrzebę posiadania przez Polskę floty wojennej doradców zmarłego króla. Należeli do nich m. in. przewodniczący Komisji Morskiej Jan Kostka, biskup kujawski Stanisław Karnkowski i sekretarz królewski Jan Dymitr Solikowski.36
Karnkowski w dziele pt. De iure provinciale terrarum, maiorumque civitatum Prussiane (O prawach prowincji i większych miast pruskich), wydanym w Krakowie w 1574 r., a napisanym dla nowego władcy Henryka Walezego, przedstawił w nim poglądy na politykę bałtycką Polski i „dominium maris Baltici". Autor pragnął nakłonić króla do pieczołowitego zajęcia się sprawą floty i handlu morskiego, podkreślając: gdy morzem władać będziemy, wówczas i o sprawiedliwość, pokój i obronę brzegów, portów i prowincji, którymi najważniejsze narody stoją i do góry się podnoszą, łacniej postarać się będziem mogli.37
Słowa te będące swoistym podsumowaniem wielomiesięcznych dyskusji i równocześnie jednym z przejawów żywotności idei bałtyckiej, dobitnie podkreślały, że tylko dostęp do morza jest podstawą dorobku ekonomicznego, a zatem i niezależności politycznej państwa. Biskup pragnął ponadto uzmysłowić społeczeństwu polskiemu korzyści płynące z „uprawy" morza, a punktem wyjścia było stwierdzenie, że panowanie na morzu zasadza się na władaniu bezpośrednim i na władaniu użytecznym. Pierwsze obejmowało trzy problemy: organizowanie żeglugi w zależności od okoliczności, a w tym podczas wojny i pokoju, otwieranie nieznanych szlaków żeglugowych i zamykanie niekorzystnych szlaków dla króla oraz prowincji. W ostatnim przypadku chodziło o żeglugę narewską, godzącą w interesy państwa. Ponadto władanie bezpośrednie miało obejmować zagospodarowanie i umocnienie wybrzeży i portów przez budowę fortyfikacji, nakładanie ceł morskich i wreszcie organizowanie wypraw morskich. Królowi przysługiwało również sprawowanie sądownictwa wyższego i niższego nad wszystkimi ludźmi morza.
Z kolei zakres władania użytecznego obejmował rybołówstwo morskie, pozyskiwanie bursztynu i soli oraz innych bogactw morza, a także przejmowania towarów z rozbitych statków.38
Natomiast Solikowski sprawy polskiego morza i floty wojennej propagował w swych mowach i pismach.39 Szczególnie najcelniejsze uwagi dotyczące problematyki morskiej zawarł on w Rozmowie kruszwickiej,40 napisanej najprawdopodobniej w lutym 1573 r. Opowiadał się w niej za elekcją Henryka Walezego, gdyż jego zdaniem tylko on mógł zagwarantować wzmocnienie potencjału morskiego, a głównie podniesienie rangi Gdańska jako portu Rzeczypospolitej i budowę floty wojennej. Solikowski doceniał znaczenie posiadania floty i portów oraz prowadzenia wojennej polityki morskiej, gdyż ich brak mógł doprowadzić z czasem do zależności gospodarczej od innych krajów, a ponadto groził przekształceniu Polski w surowcowy, niesamodzielny dodatek do państw, które opanowały żeglugę międzynarodową.41
Dawny sekretarz Zygmunta Augusta na znaczenie kwestii morskiej w walce poprzedzającej elekcję zwrócił po raz pierwszy uwagę w Zdaniu względem wyboru króla, powstałym latem 1572 r., a więc tuż po śmierci Zygmunta Augusta.42
Elekcja Henryka Walezego na króla stwarzała początkowo nadzieje na pomoc Francji w zabezpieczeniu „dominium maris Baltici". W Pacta conventa Walezy zobowiązywał się poza zapewnieniem udogodnień dla polskich kupców w portach francuskich do wystawiania i własnym sumptem utrzymywać potrzebną i wystarczającą flotę do obrony portu i panowania na morzu, przyległym do królestwa i jego prowincji, jak daleko się tylko rozciąga cały ten krąg polskich dzierżaw.43 Jednak wobec nagłego wyjazdu Walezego do Francji planów tych nie zrealizowano.
Kolejny król Stefan Batory zajęty od początku działaniami zbrojnymi na wschodzie nie przywiązywał zbyt dużej wagi do uprawiania aktywnej polityki morskiej. Wprawdzie zmusił buntujący się Gdańsk do uznania jego zwierzchnictwa w 1577 r., wykorzystując do tego celu flotę kaperską 9 okrętów bazującą w Pucku i dowodzoną przez Ernesta Wejhera, ale później traktatem z 26 lutego 1585 r. uchylił konstytucję Karnkowskiego, która stanowiła gwarancję panowania polskiego na wybrzeżu i morzu. Ponadto zrzekł się do zasięgania opinii Gdańska przed podjęciem decyzji w kwestiach morskich.44 Oznaczało to koniec wielkich aspiracji morskich Rzeczypospolitej.
W drugiej połowie XVI wieku, kiedy to Polska gwałtownie zetknęła się z problemami morza, pojawiło się w polskim piśmiennictwie wojskowym dzieło o charakterze wyjątkowym, które różni się na korzyść od wszystkich ówczesnych polskich traktatów wojskowych stroną ilustracyjną, tj. planami bitew, schematami szyków bojowych i rysunkami sprzętu wojskowego. Była to pierwsza praca wojskowa tak bogato ilustrowana, przewyższająca pod względem technicznym opisów pozostałe polskie traktaty wojskowe XVI wieku. Dziełem tym były Księgi hetmańskie Stanisława Sarnickiego.45
Autor tego niezwykłego dzieła nie był wojskowym, lecz duchownym protestanckim. Urodził się około roku 1532 w Mokrem Lipiu w ziemi chełmińskiej. Studiował na uniwersytecie w Królewcu, zajmował się badaniami historycznymi i geografią. Wiele też podróżował, także morzem. Stąd dobrze znał obce kraje, a ponadto czytał rozprawy zagranicznych autorów.
W latach 1577-1578 powstało dzieło Księgi hetmańskie, ale jego największym dziełem historycznym były „Roczniki", wydane drukiem w Krakowie w roku 1587, w których autor opisał dzieje Polski od czasów najdawniejszych aż do panowania Stefana Batorego.
Interesujące nas dzieło Stanisława Sarnickiego Księgi hetmańskie składa się z 10 ksiąg, które dzielą się na rozdziały i podrozdziały. Zachowało się ono do naszych czasów w sześciu rękopisach. W tym obszernym dziele o sztuce wojennej zawarł wiedzę o ćwiczeniach żołnierzy i działaniu wojska podczas wojny, opierając się na doświadczeniach polskich i obcych. Natomiast przedostatnia, IX księga dzieła Sarnickiego zawiera wiadomości nie spotykane w innych polskich pracach wojskowych XVI wieku, poświęcona bowiem została zagadnieniom morskiej sztuki wojennej. Tytuł zaś jej brzmi Dziewiąte księgi o zwyczaju morskiej bitwy. Napisana ona została na podstawie księgi XI traktatu Walturiusza poświęconej bitwom morskim i budowie okrętów oraz księgi IV Wegecjusza. Wstępna jej część zawiera opis różnych typów okrętów oraz materiałów używanych do ich budowy. W warunkach polskich, jego zdaniem, najlepszym drzewem był dąb, król wszystkich drzew. Natomiast do jego zbijania proponował używanie gwoździ miedzianych, a nie żelaznych. Z kolei w rozważaniach O czasiech nawigacyjej, o znakach, o wiatrach, o zegarze okrętowem, natura morza pełno jest szczegółów i ciekawostek, gdyż w tej materii jego wiedza nie mogła być zbyt duża.46 Ponadto Sarnicki przytoczył przykład bitwy morskiej, opisując oraz przedstawiając graficznie na planie bitwę stoczoną w roku 1571 przez flotę Ligi panów chrześcijańskich pod dowództwem Don Juana d'Austria z flotą turecką Alipaszy pod Lepanto, w Zatoce Korynckiej, chociaż błędnie ją umiejscowił w Zatoce Ambracyjskiej, gdzie w starożytności stoczona została bitwa morska pod Akcjum. 47
Sarnicki wzywał też do utworzenia „Szkoły morskey woyny", która miała przygotować oficerów głównie do „kunsztów fraybierskich", tj. do działań na morzu. Uważał, że szkoła taka mogła być urządzona nad Wisłą w okolicach Krakowa, gdyż pozwoliłoby to na sprawowanie nad nią patronatu przez dwór królewski.48 Podkreślał, że także oficerowie wojsk lądowych powinni być przygotowani do udziału w obronie wybrzeża.
„Księgi hetmańskie" Stanisława Sarnickiego były pierwszym dziełem w polskim piśmiennictwie wojskowym końca XVI wieku, które przedstawiało całokształt problematyki działań na morzu.49
Po śmierci Króla Stefana Batorego ponownie nawiązano do idei bałtyckiej. Było to związane z elekcją Zygmunta III Wazy na tron polski. Elektorzy oczekiwali od niego prowadzenia aktywnej polityki morskiej, ale naturalnie bez nadzwyczajnych obciążeń szlachty. Wyrazicielem tych tendencji był m. in. Stanisław Gostomski, który w napisanej w 1587 r. broszurze pt. Racje pro electione Zygmunta, królewicza szwedzkiego, militantes in anno 1587 uważał, iż wyniesienie Wazy na tron polski pozwoli na płaszczyźnie współpracy politycznej i gospodarczej ze Szwecją, wskrzesić flotę oraz tą drogą uwolnić polski handel morski od ciężarów duńskiego cła.50
Wybór w roku 1587 Zygmunta III Wazy na króla Polski tych oczekiwań nie spełnił. Będąc z pochodzenia Szwedem, marzył o koronie swego rodzinnego kraju. Po wymuszonej przez stryja Karola IX detronizacji Zygmunta III z tronu szwedzkiego w 1598 r., z którą ten się do końca życia nie pogodził, stało się to pretekstem do rozpoczęcia przez królów szwedzkich długoletnich wojen z Polską. Najważniejszą przyczyną walki o „dominium maris Baltici" było jednak dążenie Szwecji do opanowania całego basenu Morza Bałtyckiego. Pozostanie jednakże bezspornym faktem, że Zygmunt III i jego dwaj synowie Władysłwa IV i Jan Kazimierz przez 60 lat z małymi przerwami musieli walczyć ze Szwecją o polski stan posiadania nad Bałtykiem.
Początki morskiej myśli wojskowej w Polsce sięgają drugiej połowy XV wieku, ale rozwój zainteresowania problematyką morską nastąpił w XVI wieku, do czego przyczyniło się realizowanie idei „dominium maris Baltici". Twórca tej koncepcji Zygmunt August spowodował jej szeroki rozwój, obejmujący kilka kompleksów zagadnień. Należały do nich zabiegi związane z ochroną własnych portów i sprawowanie władzy zwierzchniej nad całą południowo-wschodnią częścią Bałtyku, co doprowadziło do utworzenia Komisji Morskiej i rozbudowy floty wojennej.
Ten ambitny i wszechstronny program bałtycki nie znalazł, niestety, należytego zrozumienia wśród szlachty. Był on w znacznej mierze dziełem samego króla i jego otoczenia, a głównie Jana Kostki, Stanisława Karnkowskiego, Jana Dymitra Solikowskiego, Jana Zamoyskiego i Ernesta Wejhera.
Po śmierci Zygmunta Augusta podczas wszystkich trzech kolejnych elekcji zagadnienia morskie wysuwano na plan pierwszy, a pacta conventa nakładały na królów tradycyjny od czasów Henryka Walezego obowiązek wystawienia i utrzymania floty wojennej, gdyż ogół zrozumiał, że nie dość jest odzyskać dostęp do morza, lecz że należy umieć ten dostęp wyzyskać w postaci wykorzystania Bałtyku, jako arterii komunikacyjnej, a przy tem wykorzystaniu należy mieć zbrojną służbę na morzu. 51
Natomiast morska teoretyczna myśl wojskowa w Polsce do końca XVI wieku nie wyszła poza stadium początkowe, gdyż poza Księgami hetmańskimi Stanisława Sarnickiego nigdzie nie poruszono problematyki wojny na morzu. Było to wynikiem specyfiki zagrożenia zewnętrznego, w którym aspekt morski odgrywał niewielką rolę. 52 Dopiero następne stulecie stało się okresem żywiołowego jej rozwoju.
Przypisy:
Zdaniem J. Widajewicza, to Mieszko I i Bolesław Chrobry byli twórcami polskiej polityki bałtyckiej i morskiej. Zob. J. Widajewicz, Słowianie zachodni na Bałtyku , Toruń 1934, s. 26-36.
Zob. E. Kosiarz, Wojny na Bałtyku X-XIX w: Gdańsk 1978, s. 35-40; G. Labuda, Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny Zachodniej, t. 2, Poznań 1964, s. 125-131.
E. Koczorowski, Pierwsze związki Polski z Bałtykiem, „Przegląd Morski", 1982 nr 7-8, s. 98-99;
W. Dzwonkowski, Wojsko i wojna u Słowian w pierwszym 1000-leciu po Chrystusie, „Bellona", 1945 nr 6, s. 238.
M. Prosnak, Flota polska w dobie pierwszych Piastów w świetle zachodnich źródeł, „Nautologia", 1991 nr 3-4, s. 40.
Zajęcie przez Krzyżaków w 1309 r. Pomorza Gdańskiego nie zahamowało jednak aktywności gospodarczej książąt pomorskich, uzyskujących znaczne korzyści z portów morskich. Zob. W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej, „Przegląd Morski", 1986 nr 7-8, s. 120.
Na temat wojny trzynastoletniej istnieje obszerna literatura, a m. in.: J. Wimmer, M. Krwawicz, Wojna trzynastoletnia (1454-1466), Warszawa 1957; M. Biskup, Wojna trzynastoletnia i powrót Polski nad Bałtyk w XV wieku, Kraków 1990; tenże, Stosunek Gdańska do Kazimierza Jagiellończyka w okresie wojny trzynastoletniej, Toruń 1952; tenże, Gdańska flota kaperska w okresie wojny trzynastoletniej, Gdańsk 1953; tenże, Wojny Polski z Zakonem Krzyżackim 1308-1521, Gdańsk 1993; M., Bielski, W. Rezmer, Bitwy na Pomorzu 1109-1995, Gdańsk 1993. Działania morskie przedstawił W. Hubert, Wojny bałtyckie, Warszawa 1939, ale ostatnio opracował je gruntownie J.W. Dyskant, Zatoka Świeża 1463, Warszawa 1987.
Do działań bojowych przystosowywano statki handlowe, które po niezbędnej przebudowie i przezbrojeniu stawały się okrętami wojennymi. Ich kapitanowie otrzymywali od władców lub rad miejskich specjalne upoważnienia do prowadzenia działań na morzu, zwane listami kaperskimi. Zob. W. Zarzycki, Kaprowie
i piraci polscy, Warszawa 1997. Problemy techniczne ówczesnych jednostek wojennych przedstawiono w pracy Polska technika wojskowa do 1500 roku, pod red. A. Nadolskiego, Warszawa 1994, s. 362-377.
M. Biskup, Gdańska flota kaperska w czasie wojny trzynastoletniej 1454-1466, Gdańsk 1953, s. 21; M. Pelczar, Rozwój i stan badań historycznych nad dziejami polskiej floty morskiej okresu do końca XIX wieku, „Rocznik Ośrodka Nauk Społecznych i Wojskowych Marynarki Wojennej", 1966 nr 3, s. 24.
W liście zamieszczano imię władcy lub wystawiającej go rady miejskiej, nazwisko i imię kapitana, zezwolenie na zwalczanie statków przeciwnika lub innych płynących do jego portów oraz wykaz państw i miast neutralnych, których statki należało oszczędzać, jeżeli nie płynęły do portów przeciwnika. List zawierał także prośbę o pomoc w zaopatrzeniu danego kapitana w żywność i inne niezbędne środki oraz zapewnienie mu swobody żeglugi na wodach lub w portach państw przyjacielskich.
J.W. Dyskant, op. cit., s. 137-168.
M. Krwawicz, Działania polskiej floty wojennej podczas wojny o odzyskanie Pomorza w latach 1454-1466, „Myśl Wojskowa", 1956 nr 1, s. 85.
W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej, w: Polityka morska państwa w 40-leciu PRL, Gdańsk 1986, s. 2.
E. Koczorowski, Gdy systemem kaperskim floty wystawiano, „Przegląd Morski", 1982 nr 9, s. 62.
T. Górski, Flota Jagiellonów i Wazów, Gdańsk 1989, s. 104-105.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, Gdańsk 1947, s. 43.
S. Bodniak, Żołnierze morscy Zygmunta Augusta (1517-1522), „Nautologia", 1970 nr 1-2, s. 42-43.
W. Odyniec, Starostwo puckie 1546-1678, Gdańsk 1961, s. 53.
T. Ocioszyński, Rozwój żeglugi i myśli morskiej, Gdynia 1968, s. 284.
K. Lepszy, Zarys dziejów polskiej marynarki, Kraków 1947, s. 9-11; W. Odyniec, Sprawy morskie I Rzeczypospolitej..., s. 1-16; tenże, Polskie dominium maris Baltici, „Nautologia", 1981 nr 4, s. 50-53.
Zob. K. M. Kowalski, Puck jako twierdza morska i siedziba arsenału w XVI i XVII w., w: Związki Pucka z morzem i Marynarką Wojenną, Puck 1998, s. 51-68.
J. Wójcik, Dzieje Polski nad Bałtykiem, Warszawa 1989, s. 150.
W. Odyniec, 400-lecie powołania Komisji Morskiej, „Rocznik Ośrodka Nauk Społecznych i Wojskowych Marynarki Wojennej", 1968 nr 4, s. 41-46; E. Koczorowski, Pierwsza Komisja Morska i jej wpływ na rozwój polskiej floty wojennej w XVI w., „Przegląd Morski", 1968 nr 6, s. 43-54.
Zob. W. Aleksandrowicz, Jan Kostka senator wielkiej sławy i rozumu praeses primarius commissarius Komisji Morskiej, „Nautologia", 1968 nr 1-2, s. 53-58.
J. Wójcik, op. cit., s. 163.
J. Pertek, Polacy na morzach i ocenach, t. 1, Poznań 1981, s. 104-105.
S. Bodniak, Polska a Bałtyk..., s. 88; K. Lepszy, op. cit., s. 104.
K. Lepszy, op. cit., s. 106-107.
Polski system kaperski działał pod znakiem majestatu bandery królewskiej, która chroniła okręty floty przed podejrzeniami o piractwo.
Okręty floty strażniczej podnosiły dwie bandery: narodową i królewską. Bandera narodowa nawiązywała wzorem i barwą do chorągwi Korony Królestwa Polskiego, a zatem całego państwa.
Pierwsze artykuły morskie król ogłosił 31 maja 1566 r., ale ich treść pierwotna nie zachowała się.
Zob. S. Bodniak, Ordynacja dla kaperskiej floty polskiej z 1571 roku; Komunikat Instytutu Bałtyckiego nr 27, Gdynia 1935; J. Wójcicki, Dzieje Polski nad Bałtykiem, Warszawa 1989, s. 155-159.
K. Górski, Polska w zlewisku Bałtyku, Gdańsk-Bydgoszcz-Szczecin 1947, s. 121.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, Gdańsk 1947, s. 164; twierdzi, że galeona ocalała i nie została spalona przez flotę gdańską. Faktem było jednak, że do służby nie weszła.
W. Odyniec, op. cit., s. 46.
S. Bodniak, Sprawy „Straży morskiej" w bezkrólewiach i za Henryka Walezego (1572-1575), „Nautologia", 1968 nr 1-2, s. 102-106.
Zob. E. Kotarski, U progu marynistyki polskiej XVI-XVII wiek, Gdańsk 1978, s. 220-268.
Z. Lepszy, Dominium maris Baltici, s. 204.
W. Odyniec, Pojęcia dominium maris Baltici u Stanisława Karnkowskiego, „Nautologia", 1981 nr 4, s. 50-53.
Jego zasługi dla spraw morskich obszernie opisał E. Kotarski, Kto ma państwo morskie... Problemy morza w opinii dawnej Polski, Gdańsk 1970, s. 39-54.
Zob. E. Kotarski, op. cit., s. 171-186.
J. Górski, Poglądy merkantylistyczne w polskiej myśli ekonomicznej XVI i XVIII wieku, Wrocław-Warszawa 1958, s. 65.
E. Kotarski, U progu marynistyki ..., s. 234-235.
K. Lepszy, Dzieje floty polskiej, s. 145.
S. Bodniak, Stefan Batory a Gdańsk, „Rocznik Gdański", R. VI, Gdańsk 1932, s. 131-134.
Zob. J. Wójcicki, op. cit., s. 159-160; J. Sikorski, Polskie piśmiennictwo wojskowe od XV do XX wieku, Warszawa 1991, s. 104-114; tenże, Stanisław Sarnicki jako pisarz wojskowy, „Zeszyty Naukowe WAP" 1967, Seria historyczna nr 15, s. 56-62.
Do wiadomości morskich Sarnickiego krytycznie odniósł się Stanisław Bodniak, który próbując ustalić ich źródła zwrócił jednak uwagę na fakt, że słownik morski autora „Ksiąg hetmańskich" jest najbogatszy na przestrzeni XVI wieku. S. Bodniak, Sprawy morskie w „Księgach hetmańskich" Sarnickiego (1575-1577), „Rocznik Gdański", t. XII, Gdańsk 1939, s . 117-124.
Zob. O zwyczaju morskiej bitwy, pod red. J. Z. Lichańskiego, Gdańsk 1984, s. 54-80.
J. Wójcicki, op. cit., s. 159-160.
Szerzej J. Sikorski, „Księgi hetmańskie" Stanisława Sarnickiego na tle piśmiennictwa wojskowego w Polsce XVI wieku, „Studia i Materiały do Historii Wojskowości" 1966, t. XII, s. 3-69.
E. Kotarski, U progu marynistyki polskiej..., op. cit., s. 143.
W. Hubert, Historia wojen morskich, Warszawa 1935, s. 256.
K. Olejnik, Rozwój polskiej myśli wojskowej do końca XVII w., Poznań 1976, s. 194
Thursday, June 19, 2008
Polish émigré 5 years since entering U.S., he gets into 7 Ivy Leagues
Polish émigré 5 years since entering U.S., he gets into 7 Ivy Leagues
Polish émigré couldn’t speak English; now he’s admitted to 17 top schools
http://polishinamericadc.blogspot.com/
By Bob Considine
TODAYShow.com contributor
updated 9:05 a.m. ET, Wed., June. 18, 2008
Lukasz Zbylut has taken “the old college try” to a whole new level.
The New York teenager, who emigrated from Poland only five years ago, applied to seven Ivy League schools — and was accepted by every one of them.
Now he’s thrilled to further his education at his “dream school” of choice — Harvard. What, Yale wasn’t good enough for him? How about Princeton?
--------------------------------------------------------------------------------
“I do feel sorry, and I feel awful for turning down such great institutions,” Zbylut told TODAY co-hosts Matt Lauer and Meredith Vieira. “But it’s Harvard.”
Among the other schools he declined were Columbia, Dartmouth, Penn, Cornell, Georgetown, Stanford and New York University.
There were 10 other prominent schools that also accepted the ever-smiling 18-year-old. But he knew he could only pick one.
“It’s a great feeling to have,” Zbylut added. “And it’s very exciting — and confusing, to an extent.”
A class act
Lukasz Zbylut (pronounced Loo-KASH Zbeh-LOOT) was in seventh grade when he came to the United States. At that point, he admits, he had only a limited grasp of the English language.
“It’s quite amazing that the first words you learn in any language are the curses,” Zbylut said with a laugh. “It’s ‘thank you’ and the curses. Someone should study that at some point. But I’ve come a long way since then.”
Zbylut said the transition to attending school in the U.S. was “easier than expected.”
“Schools in Poland are very rigorous, as you can imagine,” he said. “When taking my first exam, I was constantly turning to the girl next to me because in Poland, [testing] is very collaborative. Here, it’s the opposite.”
In addition to holding such high grades, Zbylut is co-captain of his school’s United Nations team; founder of its debate team; president of its mock-trial team and editor of the school newspaper. And, just for kicks, he plays soccer.
With such credentials, Lauer asked, why did Zbylut apply to so many schools when he knew he’d be accepted to so many of them?
“That isn’t really true, especially the last decade,” Zbylut explained. “[It’s] very competitive. We’re into the single digits when it comes to acceptance rates.
“I thought of myself as a great candidate, but I was never certain of getting into a single one college.”
Zbylut plans to study politics, law and philosophy at Harvard. But there was one school that actually did turn him down — the Massachusetts Institute of Technology.
Zbylut said he didn’t mind the snub.
“I really don’t regret it, because I would never be as passionate as a student they potentially could have given the spot to,” he said. “I’m hoping that the spot they gave would have been to someone who is very passionate about politics and everything.”
Alex Lech Bajan
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
sms: 703-485-6619
EMAIL: polonia@raqport.com
Polish émigré couldn’t speak English; now he’s admitted to 17 top schools
http://polishinamericadc.blogspot.com/
By Bob Considine
TODAYShow.com contributor
updated 9:05 a.m. ET, Wed., June. 18, 2008
Lukasz Zbylut has taken “the old college try” to a whole new level.
The New York teenager, who emigrated from Poland only five years ago, applied to seven Ivy League schools — and was accepted by every one of them.
Now he’s thrilled to further his education at his “dream school” of choice — Harvard. What, Yale wasn’t good enough for him? How about Princeton?
--------------------------------------------------------------------------------
“I do feel sorry, and I feel awful for turning down such great institutions,” Zbylut told TODAY co-hosts Matt Lauer and Meredith Vieira. “But it’s Harvard.”
Among the other schools he declined were Columbia, Dartmouth, Penn, Cornell, Georgetown, Stanford and New York University.
There were 10 other prominent schools that also accepted the ever-smiling 18-year-old. But he knew he could only pick one.
“It’s a great feeling to have,” Zbylut added. “And it’s very exciting — and confusing, to an extent.”
A class act
Lukasz Zbylut (pronounced Loo-KASH Zbeh-LOOT) was in seventh grade when he came to the United States. At that point, he admits, he had only a limited grasp of the English language.
“It’s quite amazing that the first words you learn in any language are the curses,” Zbylut said with a laugh. “It’s ‘thank you’ and the curses. Someone should study that at some point. But I’ve come a long way since then.”
Zbylut said the transition to attending school in the U.S. was “easier than expected.”
“Schools in Poland are very rigorous, as you can imagine,” he said. “When taking my first exam, I was constantly turning to the girl next to me because in Poland, [testing] is very collaborative. Here, it’s the opposite.”
In addition to holding such high grades, Zbylut is co-captain of his school’s United Nations team; founder of its debate team; president of its mock-trial team and editor of the school newspaper. And, just for kicks, he plays soccer.
With such credentials, Lauer asked, why did Zbylut apply to so many schools when he knew he’d be accepted to so many of them?
“That isn’t really true, especially the last decade,” Zbylut explained. “[It’s] very competitive. We’re into the single digits when it comes to acceptance rates.
“I thought of myself as a great candidate, but I was never certain of getting into a single one college.”
Zbylut plans to study politics, law and philosophy at Harvard. But there was one school that actually did turn him down — the Massachusetts Institute of Technology.
Zbylut said he didn’t mind the snub.
“I really don’t regret it, because I would never be as passionate as a student they potentially could have given the spot to,” he said. “I’m hoping that the spot they gave would have been to someone who is very passionate about politics and everything.”
Alex Lech Bajan
CEO
RAQport Inc.
2004 North Monroe Street
Arlington Virginia 22207
Washington DC Area
USA
TEL: 703-528-0114
TEL2: 703-652-0993
FAX: 703-940-8300
sms: 703-485-6619
EMAIL: polonia@raqport.com
Subscribe to:
Posts (Atom)